1. Celebration
2. The curse of the Iron King
3. The legend
4. Army of salvation
5. An old bard
6. Eversong
7. Riders of the dead
8. Rebellion
9. The werewolf
10. Desert of destiny
11. Consolation
12. Straight back to hell
Rok wydania: 2017
Wydawca: Underground Symphony
http://www.luxperpetua.net
Polski metal (a zwłaszcza power metal) od wielu lat stoi trochę w
miejscu. Wydaje się, że został zdominowany przez zespoły, które są dość
dobrze znane i o znacznym dorobku scenicznym, przez co trochę brakuje
miejsca dla młodych kapel, które często też mają coś do powiedzenia.
Jedną z nich jest powstała w 2009 roku warszawska formacja Lux Perpetua
(łac. Światłość Wiekuista). Zbieżność nazwy z tytułem książki Andrzeja
Sapkowskiego jest absolutnie przypadkowa. Zespół w tekstach nie ucieka
od bitew, opowieści o męstwie, historii, walce dobra ze złem… Zupełnie
jak jeden baaardzo popularny u nas zespól ze Szwecji…
Zespół w obecnym składzie tj. Artur Rosiński (śpiew), Tomasz Sałaciński
oraz Mateusz Uściłowski (gitary), Krzysztof Direwolf (gitara basowa),
Magdalena Tararuj (klawisze) i Paweł Zasadzki (perkusja) 28 lutego 2017
wydał swój debiutancki krążek „The curse of the Iron King”. Album
wypuściła włoska wytwórnia Underground Symphony, można więc uznać, że
pierwszy krok w stronę szerszej publiczności został zrobiony. Czy jest
to również krok do przodu dla polskiego metalu, czy tylko chwilowe
zachłyśnięcie się na właśnie dokonaniami Sabatonu i próbą ich
odtworzenia w polskiej wersji?
Album otwiera krótkie intro, wprowadzenie w postaci „Celebration”,
przywołujące dawne czasy, które stopniowo rozwija się w utwór tytułowy
„The curse of the Iron King”. Jeszcze tylko próba wokalu oraz mikrofonu i
można jechać. Jest power metalowo, ze świetnym riffem i melodyjnością w
refrenie. Szybko i na temat. Jedynym mankamentem jest lekka (znamienna u
wielu rodzimych wokalistów) kanciastość angielszczyzny, ale ma to swój
urok. Jest natomiast w tym kawałku wszystko, co metalowy numer mieć
powinien. Prędkość, melodię, świetnie solówki i genialne partie
klawiszowe, które z każdym numerem będą coraz lepsze. Wyborne otwarcie
albumu.
„The Legend” otwiera riff gitary i niesamowita praca perkusji. Znów jest
bardzo szybko, a klimatem podniośle, triumfalnie, poprzez fajne fanfary
na klawiszach. Brawa dla zespołu za pomysłowość, zwłaszcza podczas
solówek. Słychać w tym kawałku niesamowitą radość ze wspólnego grania.
Dobry numer – już widzę ten młyn na koncertach!
Przechodzimy do numeru zatytułowanego „Army of Salvation”. Tu przez
króciutki moment można odnieść wrażenie, że wstęp został zainspirowany
„The Art of war” Sabatonu. Na szczęście zespół nie szuka cytatów na
końcu świata i jako motto utworu uczynił słowa Józefa Piłsudskiego („Być
zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo, zwyciężyć i spocząć na laurach to
klęska”). Sam kawałek z każdą sekundą robi się coraz bardziej
smakowity. Począwszy od klasycznego nadawania rytmu w postaci „hey”,
poprzez świetny riff gitar. Jednak najlepsze w tym numerze są arabeskowe
klawisze Magdy, włącznie z jej lekko „nightwishowym” popisem w środku
numeru. Przy okazji rada dla zespołu: klawisze to wasza perła,
trzymajcie ją mocno i nie pozwólcie uciec do innej kapeli!
Kolejny na albumie to „An old bard”. Tu z kolei mamy lekko baśniowy
klimat, znów ze świetną partia na klawiszach. Tym razem świetnie
śpiewającemu wokaliście oprócz gitar elektrycznych towarzyszą
akustyczne. Jednak chwilę później już zespół gra swoją pełną mocą. Znów
kapitalna, chóralna partia melodii w refrenie. W tym numerze siłą
napędową są solówki i częsta zmiana tempa. Warto również wgłębić się w
to, co się dzieje w tle – a dzieje się niezwykle dużo. Wszystko to
jednak jest bardzo dobrze poukładane. Słychać, że muzycy wiedzą co i jak
mają grać.
Czas na „Eversong”, który rozpoczyna lekko folkowa gra na klawiszach i
gitarze akustycznej. Trochę jakby do głosu doszedł zespół Eluveitie,
czego wcale nie należy traktować jako zarzutu, ale coś, co świadczy o
europejskiej klasie Lux Perpetui. Jest delikatnie, folkowo, melodyjnie,
nieco kołysząco, balladowo. Całość składa się na wyczekiwany odpoczynek
od zawrotnych prędkości, których zespół dostarczył wcześniej.
Po chwili nostalgii można znów podkręcić tempo w szaleńczym „Riders of
the dead”. To soczysty power metalowy numer, który idealnie sprawdza się
na przykład podczas szybkiej jazdy samochodem (w trakcie grania na
konsoli, rzecz jasna…). Znów ciekawie zostaje przełamane tempo w
refrenie. I po raz kolejny czapki z głów przed Magdą, która naprawdę ma
talent do budowania klimatu.
Czas na kolejny genialny (chyba nawet najlepszy) fragment albumu w
postaci „Rebellion”. Jest naprawdę smakowicie, począwszy od fajnego
riffu na klawiszach, poprzez gitary, aż po refren. A co się dzieje w
tle! Ileż tam smaczków! Poza tym takich solówek chce się słuchać i
słuchać, bez końca. Warto jeszcze wspomnieć o wokaliście – chłopak
wyrasta na jednego z najciekawszych wokalistów polskiej sceny metalowej.
Nie ma tu mowy o wtórności melodii, a co ważne, potrafi śpiewać z
różnym natężeniem głosu włącznie z wysokimi rejestrami.
„The werewolf” otwiera znów popisowa, gotycka osłona klawiszy. Aż ciarki
się pojawiają na plecach. Już na starcie jest wybornie. Z czasem
dochodzi również reszta grupy z fajną, lekko oldschoolową grą. Natomiast
to, co dzieje się w trakcie, znów zasługuje na brawa za pomysł i dającą
się bez problemu uchwycić radość ze wspólnego grania. Nie ma tu o
jednostajnym riffie, jest to najbardziej szlachetne metalowe granie
okraszone nawet wstawkami z muzyki klasycznej (fragment jednej z fug
Bacha). Panowie, szacunek za rewelacyjne zakończenie numeru, które
niesamowicie wkręca się w uszy.
Przedostatnim z podstawowego zestawu płyty jest „Desert of destiny” –
jeszcze jeden pasaż w postaci klawiszy i gitar na wstępie. Potem już
znów powermetalowo, ale w żadnym wypadku nie nudno! Fajnie wypada refren
i ta lekkość, z jaką grają muzycy: kolejny dobry numer, z fajną
solówką.
Cały album spina klamrą „Consolation”, utwór, który, podobnie jak intro,
jest instrumentalny. Ale na tym nie koniec, bo jako bonus zespół
dołożył jeszcze „Straight back to hell”, który brzmi trochę jak nowa
wersja „Troopera”: po raz kolejny znów dużo się dzieje i kawałek
absolutnie nie zawodzi.
Doskonały debiut świetnego zespołu, który już na starcie zawiesił sobie
wysoko poprzeczkę. Na pewno ta pierwsza płyta jej nie strąciła, a nawet
znalazło się parę centymetrów zapasu na kolejne albumy. Nadzieja
polskiego metalu? Na pewno wyróżniają się w gąszczu jednakowo brzmiących
grup i wiedzą, dokąd zmierzają. Mają też warunki, by na stałe zagościć
na wielkich scenach Europy – od Donnington po Wacken.
9/10
Mariusz Fabin

















































