LUTTUN, PHILIPPE – 2014 – The Taste Of Wormwood

LUTTUN, PHILIPPE - 2014 - The Taste Of Wormwood

1. Prelude to a Disaster
2. The Ghosts of Pripyat
3. Reaktor #4
4. The Day After
5. Red Forest
6. On the Roof of Hell
7. The MacabrePilgrimage
8. HeroesEnd

Rok wydania: 2014
Wydawca: Musea Records
profil FB


“Stał na skraju betonowego bloku. Patrzył w dal. Jego wzrok był nieobecny. Interesował go jedynie punkt na horyzoncie. Myśli plątały się w chaotycznym tańcu. Przeczuwał, że coś się stanie. Nie wiedział jeszcze co, ale wpłynie to na jego życie jak narodziny dziecka dla młodych rodziców.I jeszcze jedno nie będzie szczęśliwego zakończenia tej historii.”

Philippe Luttun zabiera słuchacza w podróż do przeszłości. Do miejsca gdzie stała się jedna z największych tragedii w dziejach współczesnego świata. W 1986 roku świat zmienił się nie do poznania. Historia ta jest inspiracją wielu twórców książek czy gier komputerowych. Stała się również podstawą do stworzenia tej niezwykłej ponad 60 minutowej podróży muzycznej po Prypeci przed i po katastrofie w Czernobylu.

„Nigdy nie był normalnym dzieckiem. Urodził się tu – w Prypeci. I tak naprawdę to miasteczko było całym jego światem. Lecz zawsze chodził swoimi ścieżkami jak kot. Koledzy raczej go unikali. Jedynym przyjacielem był Igor – niepozorny blondwłosy chłopiec, który często chorował. Konwulsje, zawroty głowy to był chleb codzienny. Pewnego dnia zniknął, a rodzice powiedzieli mu, że jego przyjaciel musiał wyjechać na kurację aby wrócić do pełni sprawności fizycznej.”

Sam Luttun jest francuskim multiinstrumentalistą, który jako dwie swoje miłości podaje gitarę i klawisze. Inspiracjami są największe nazwy i nazwiska ze środowiska progresywnego. Są to m.in. Dream Theater, Pink Floyd, Joe Satriani czy YngwieMalmsteen. Ten ostatni jest słyszalny w szczególności w dłuższych frazach instrumentalnych na płycie. Do współpracy w materii wokalnej zaprosił Pris.K – kobietę o pięknym, acz delikatnym głosie, która opowiada historię katastrofy z należytym jak dla takiej tematyki pietyzmem. Jej przeplatane wokale wraz z samym pomysłodawcą są swoistym dialogiem podkreślającym tragedię opowiadanych wydarzeń.

Płyta rozpoczyna się fragmentami audycji radiowych w języku rosyjskim, który jeszcze bardziej podkreśla autentyzm tego albumu. W według mnie najlepszym „The Day After” pojawia się fragment utworu Piotra Leschenko „Tschubtschik”, który nazywany był królem rosyjskiego tanga. Sam album to przeplatanka utworów okraszonych śpiewem oraz instrumentalnych. I każdy znajdzie tu coś dla siebie. Lecz lepiej jest spojrzeć na ten album jako retrospekcjętragicznych wydarzeń opowiedzianych przez melodię. Znajdziemy tu instrumentalny opis wybuchu feralnego reaktora 4 („Reaktor #4”), opis pierwszego dnia po katastrofie (wspomniany wcześniej „The Day After”) czy koniec tych, którzy zginęli podczas samego wybuchu jak i później pod wpływem choroby popromiennej („Heroes End”). Płyta to połączenie tego co najlepsze w muzyce progresywnej czyli długie kompozycje, piękne wokale oraz różnorodność wygrywanych dźwięków.

„Jego rodzice pracowali od zawsze w jednym miejscu… W „kuźni śmierci” jak często można było usłyszeć tę nazwę… W elektrowni… On też czuł, że to miejsce wiele dla niego znaczy dlatego często zakradał się niepostrzeżenie, aby popatrzeć sobie na monumentalne reaktory. Ten oznaczony numerem 4 był jego ulubionym. To tu u jego podnóża kredą wypisał swoje imię. W jakimś sensie kochał to miejsce. Elektrownia śniła mu się nocami, a jego sny wydawały się prawie jawą. Widział ludzi, którzy wywożeni na taczkach –zniekształceni, dogorywający byli wrzucani do gorącej kadzi, która była ich ostatnią drogą.”

Podsumowując cały ten smutny świat opisany na tym srebrnym krążku to wspaniały hołd, który oddaje Philippe Luttun wszystkim ofiarom katastrofy w Czernobylu. Jego największy projekt okazał się strzałem w dziesiątkę, który w moim osobistym rankingu znalazł się na liście płyt do tegorocznego końcowego zestawienia za rok 2014. Dlaczego?? Bo na tej płycie jest wszystko: patos, hołd i prawda o tym makabrycznym wydarzeniu, która pomimo prawie już 30 lat nadal zaskakuje i inspiruje. I pewnie tak będzie jeszcze przez wiele, wiele lat.

„Wzrok jego nadal zapatrzony w jeden punkt. Byłnim komin elektrowni – jego drugiego domu. Nagle… świetlista łuna pojawiła się w tym miejscu. Łza spłynęła mu po policzku. Nie myślał o rodzicach lecz o swoim ukochanym miejscu zabaw – reaktorze 4. Stał na tym „dachu piekła” i już wiedział co ma zrobić. Obrócił się i pobiegł w dal szukając schronienia. A w głowie była tylko jedna myśl. Moje imię to Andriej. Zostanę stalkerem”.

10/10

Michał Majewski


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *