01. On The Road Again
02. Heat
03. Code Of Life
04. When The Curtain Falls
05. Dream On
06. Fail
07. Storm Is Coming
08. Dazed By Glory
09. Farewell
10. Swamp Song
Rok wydania: 2017
Wydawca: MJM Music PL
http://lionshepherd.net/
Niektóre zespoły z płyty na płytę robią ogromne postępy, nieustannie
pracują nie tylko nad sobą, ale przede wszystkim nad tworzoną (przez
siebie) muzyką. Za jedną z takich grup bez wątpienia można uznać nasz
rodzimy produkt o nazwie LION SHEPHERD. Wielu może kojarzyć tą wyjątkową
grupę z koncertów u boku RIVERSIDE, choć pewnie znajdą się i tacy,
którym debiutancki album „Hiraeth” z 2015 roku wciąż pozostaje w
pamięci. To właśnie przy okazji jego recenzowania napisałem „…nie
zdziwi mnie, jeżeli już niebawem o tym projekcie zrobi się głośniej.
Odpowiednia zanęta została rzucona, potencjał ogromny, a jakie będą
efekty w przyszłości, czas pokaże…” Teraz już wiadomo – moje
przypuszczenia sprawdziły się, a nowy album (ukazał się pod koniec maja)
jest tego najlepszym potwierdzeniem dumnie reprezentując swojego
poprzednika.
Skłamałbym jednak twierdząc, że „Heat” jest tylko i wyłącznie
bezpośrednią kontynuacją stylistyki swojego „Hiraeth”, nic z tych
rzeczy. Oczywiście wspólne elementy i podobieństwa występują –
szczególnie, jeżeli chodzi o zmysłowość oraz charakterystyczną otoczkę
bliskowschodnich ornamentacji orientalnych. Jednak tym razem panowie
poszli o krok dalej. Rozwinęli skrzydła stylistycznych wojaży, co
zaowocowało pojawieniem się wielu nowych elementów. Żeby nie być
gołosłownym – już otwierający całość „On The Road Again” oraz
następujący zaraz po nim tytułowy „Heat” przywodzą na myśl dokonania
amerykańskiej grupy DAVE MATTHEWS BAND (z czasów „Busted Stuff tudzież
„Before These Crowded Streets”). Chodzi o pewną lekkość i dojrzałość
prezentowanych form oraz charakter kompozycji. Znowu przy okazji takich
utworów jak „When The Curtain Falls” czy też „Heat” (najczęściej w
refrenach) daje się poczuć ducha legendarnego PINK FLOYD. Wynika to
przede wszystkim z obecności motywów, gdzie do gry wchodzą chóry z
udziałem żeńskich wokali – świetny efekt. Oprócz tego w kilku miejscach
można doszukać się wyraźnych odniesień do stylistyki RIVERSIDE oraz
LUNATIC SOUL (solowy projekt Mariusza Dudy), czego najlepszym dowodem
mogą być chociażby; żwawy „Code Of Life” oraz nastrojowy „Dream On”. Do
tego drugiego powstał częściowo animowany teledysk z autentycznymi
wstawkami z obszarów ogarniętych wojną. Zespół chociażby przy tej okazji
zwraca uwagę na dramaty jakie odgrywają się na terenach objętych
konfliktami zbrojnymi. W tym miejscu warto dodać, że LION SHEPHERD
również za pośrednictwem warstwy lirycznej chce coś przekazać, nieść
przesłanie. Pod pewnymi względami teksty mogą wzbudzać dziwny niepokój,
czujność, generując ambiwalentne odczucia. Oprócz tego, że odnoszą się
do poszukiwań, kwestii życia, czuć w niej wezwanie do „przewrotu”.
Odnoszę dziwne wrażenie, że niektóre teksty zwiastują nadejście nowego
porządku świata. Być może źle to odczytuję (albo jestem
przewrażliwiony), ale w obecnej sytuacji geopolitycznej, w dobie
licznych konfliktów na arenie światowej, kiedy Europa jawnie wyjaławia
się z własnego dziedzictwa wyrzekając tradycyjnych wartości, ten aspekt
nie daje mi spokoju…
Wracając do muzyki – wyraźnie ewoluowała (i to w dobrym kierunku!),
nabrała jaskrawszych kolorów, a wykorzystane pomysły i rozwiązania stały
się dojrzalsze. Sprzyja temu pokaźna ilość nośnych melodii,
rozpoznawalnych fragmentów nadających kompozycjom chwytliwego oblicza,
charakteru. Pojawiło się też więcej życia, rockowej energii – jest w tym
duża zasługa tradycyjnego instrumentarium. Idealnie sprawuje się
energetyczna i mocna sekcja rytmiczna (partie basu zwracają na siebie
uwagę). Nie można też narzekać na deficyt gitarowych partii solowych,
które występują nie tylko w żywszych, ale i bardziej nastrojowych
momentach. Również wokalista Kamil Haidar nierzadko śpiewa z pazurem,
czemu towarzyszy charakterystyczna maniera wokalna z wyraźną chrypką. To
jednak wcale nie oznacza, że zespół wyrzekł się atmosferycznego oblicza
– nic z tych rzeczy! Nastrojowych momentów nie brakuje, tak jak i
motywów suto zakrapianych orientalną manierą. Chodzi raczej o to, że
„Heat” jest bardziej ekspresywny, emocjonalnie bogatszy aniżeli jego
delikatniejszy poprzednik. Czuć również zwiększenie świadomości
muzycznej, mocne przekonanie słuszności prezentowanych pomysłów. To
przełożyło się na wyrazistość i wartościowość form jak również fakt, że
premierowy materiał jest bardziej przekonujący, bogatszy i energetycznie
intensywniejszy. Poza tym „Heat” został w pełni profesjonalnie
wyprodukowany, brzmienie nie dość, że jest naturalne i soczyste to
jeszcze nieskazitelnie selektywne, co w żaden sposób nie niweluje
energetycznego usposobienia.
Grzechem byłoby nie wspomnieć o fenomenalnej oprawie graficznej,
opakowaniu. Album został wydany „na bogato” – gruby digipack stylizowany
jest jakby na starą księgę z okładką imitującą skórzane obicie. Jej
wygląd, wypukłości wyglądają niczym spękana ziemia podczas suszy.
Jeszcze lepiej prezentuje się wnętrze opakowania – rozkłada się w
czterech kierunkach, jakby to były strony świata. To najlepiej odpowiada
geograficznym szkicom przedstawiającym okolice Bliskiego Wschodu z
wyeksponowaną Syrią (nie powinno to nikogo dziwić – Kamil Haidar ma
polsko – syryjskie pochodzenie). Na jednej z rozkładówek umieszczono
książeczkę, a ta prezentuje się niezwykle gustownie. Oprócz tekstów na
ciemnym tle zawiera klimatyczne fotografie duetu Haidar/Owczarek
(natomiast na samym końcu dedykacja dla nieżyjącego Piotra
Grudzińskiego).
Jakieś minusy? Płyty słuchałem wielokrotnie i nie dopatrzyłem / nie
dosłuchałem się żadnych mankamentów. „Heat” to materiał niezwykle
dojrzały, zrobiony z wyczuciem, profesjonalnie zrealizowany, ideowo
zaawansowany – po prostu album z duszą.
Jeżeli komuś bliskie są klimatyczne formy rockowego rzemiosła o
orientalno – progresywnym namaszczeniu, ten z wysokim
prawdopodobieństwem rozsmakuje się w zawartości „Heat”. Ten album ma w
sobie ciepły (melancholijny) klimat, który magicznie przyciąga,
nienachalnie kusi do bliższego poznania. LION SHEPHERD bez wątpienia nie
próżnował od czasu wydania swojego debiutu i to czuć pod każdym
względem – bardzo dobra płyta, prawdopodobnie jedno z najlepszych
tegorocznych wydawnictw na krajowej scenie!
9/10
Marcin Magiera
Oficjalny teledysk:
lyric-video:




















































