1. Hellish Priest
2. Blood Searcher
3. The Symbolic Philosopher
4. Dark Wishes
5. Ceifador
6. Speed Adagio
7. Judas Judgment
8. Frankenstein Baby
9. Ballet
10. Hell’s Gates
11. YM
12. Cold Nights
Rok wydania: 2010
Wydawca: Boosweet Records
Jeszcze nie opadły emocje po zakończonej batalii naszych siatkarskich
Orłów z Brazylią a ja przygotowałem tekst na temat płyty gitarzysty
pochodzącego właśnie z kraju kanarków. Było to pierwsze zetknięcie się z
muzyką tego wykonawcy w moim skromnym dźwiękowym świecie, ale myślę, że
nie ostatnie.
Płytę „Genocide”, którą miałem przyjemność słuchać Carlos Lichman (bo
tak rzeczony człowiek „z wiosłem” się nazywa) wydał w roku 2010.
Pierwsze, co rzuca się w oczy to sprawa okładki. Akurat w otrzymanym
egzemplarzu nie było to widoczne, ale informacja w booklecie mówi, że
jest ona w 3D – co nie jest częstym zabiegiem w przypadku płyt
dźwiękowych. Ale zajmijmy się tym co dla nas najistotniejsze czyli
muzyką zawartą na CD. Nie będę ukrywał, że płyta wyjątkowo mi podeszła i
słucha mi się jej z nieskrywaną radością od samego początku. Lichman ma
do współpracy Rodrigo Corderio za perkusyjnymi sterami oraz kilku
innych gości występujących w pojedynczych utworach. Wszyscy spełniają
swoje zadanie nie wychodząc przed szereg i nie zacierają miłych dla ucha
riffów gitarowych. Sam wykonawca nie ukrywa, że inspiruje się
największymi tego gatunku jak Vai’em, Satrianim czy Malmsteen’em, co
trzeba przyznać mocno słychać przez cały album. Szczególny sentyment ma
do tego ostatniego, bo stara się aby jego popisy były szybkie tak jak
najszybszego (według mnie i niektórych ekspertów) gitarzysty
elektrycznego świata. Mało tego jeden z utworów jest nazwany jego
inicjałami („YM”).
Sama płyta to takie połączenie wielu technik instrumentalnych, które
przypadną do gustu słuchaczom tym mniej i bardziej wymagającym. Są tu
ostrzejsze kawałki („Hellish Priest”, „Genocide”, „Blood Searcher”), ale
również spokojniejsze elementy jak choćby „Speed Adagio” inspirowane
muzyką Mozarta czy „Ballet” skomponowane przez Christoph’a Willibalda
Gluck’a w XVIII wieku i odświeżone przez Lichmana.
Mnie „Ludobójstwo” Lichmana ujęło techniczną stroną. Dużo tu szybkich
wycieczek na progach tak uwielbianych przeze mnie u Malmsteen’a (np.
„Frankenstein Baby”). Prawdą jest, że sama płyta nie ma raczej drugiego
dna oraz nie przekazuje jakiś ważnych przesłań lecz opisuje dźwiękiem
niektóre wydarzenia w taki sposób jakby się naprawdę w nich
uczestniczyło. Jak choćby w tytułowym „Genocide”. Naprawdę czułem się
jakbym brał udział w brutalnym wydarzeniu gdzieś w dalekim zakątku
świata.
Nie wiem czy każda z płyt Carlosa Lichmana jest tak ciekawa, ale jeśli
tak to chętnie sięgnę po następne jego wydawnictwa z ogromną
przyjemnością. Na razie musi mi wystarczyć ten album. Ja życzę mu
dalszych sukcesów tradycyjnym pozdrowieniem: „Vamos Carlos”.
8/10
Michał „Angelus” Majewski



















































