1. Silence
2. Cold Heart
3. Reach the Sun
4. Illusion
5. Water
6. Falling Sky
7. Overtrust
8. A Quiet Lost War
9. The Ending
10. Mislead
Rok wydania: 2025
Wydawca: Lifeforce Records
Muszę przyznać, że premiera nowego albumu LAST LEAF DOWN nie była mi obojętna. Wynika to głównie z faktu, że ich poprzednia płyta zwróciła moją uwagę, a sama muzyka wyraźnie zapadła mi w pamięć. Sąd też byłem ogromnie ciekaw, jaka będzie zawartość następcy udanego „Bright Wide Colder” z 2017 roku. Zastanawiało mnie, w jakim kierunku – po tak długiej przerwie wydawniczej – podąży ta szwajcarska grupa. Czy zdoła utrzymać poziom poprzednika i będzie poruszać się przetartym szlakiem stylistycznej melancholii czy też pójdzie w zupełnie innym kierunku? Poniżej spróbuję rzucić nieco światła na te kwestie, ale po kolei…
Już przy pierwszym kontakcie, wydawnictwo zwraca na siebie uwagę znajomą, a do tego klimatyczną szatą graficzną, przede wszystkim charakterystyczną okładką. Wykorzystuje ona pejzaż przyrody, zdjęcie lasu skąpanego we mgle. Pośród tej scenerii można zobaczyć biegnącego człowieka. Ten obraz od razu wzbudza silne skojarzenia wobec „obrazu” poprzedniego wydawnictwa (choć różnice są wyczuwalne, szczególnie jeżeli chodzi o dynamikę) i nie jest to oczywiście zarzut. W tym względzie zespół wypracował swój własny unikatowy, rozpoznawalny styl, z czego korzysta pełnymi garściami. Również wnętrze bookletu (rozkładana kartka, mniej wygodna niż zwykła książeczka), ściśle nawiązuje, współgra z wizualnym charakterem głównego opakowania. Za aut można też uznać czytelną prezentację poszczególnych tekstów, wśród których „pogrubioną” czcionką wyeksponowano wersy refrenów (dodatkowo prawie każdej kompozycji towarzyszy swego rodzaju przewodnia myśl będąca wyrywkiem z danego tekstu). A jak już mowa o warstwie lirycznej, ta jest przepełniona poczuciem przygnębienia, zagubienia, pewnej bezsilności i zwątpienia. Praktycznie przy okazji każdego utworu daje się wyczuć podobny klimat, stąd też nie każdemu może służyć taka jesienna depresyjność.
W podobnym tonie nastrojowego przygnębienia, skomponowana została muzyka, co słychać już od pierwszych taktów otwierającego całość, singlowego „Silence”, który stanowi swoiste preludium dźwiękowej subtelności. Warstwa muzyczna zawiera w sobie pokaźny ładunek emocjonalny, atmosferyczną aurę, która nie ustępuje ani na moment, co jest jeszcze bardziej uwydatnione niż poprzednio. Nie popełnię błędu stwierdzając, że muzyka LAST LEAF DOWN jest niczym wędrówka po zamglonym lesie, gdzie czas nie ma większego znaczenia, a sam człowiek powinien oddać się głębokiej zadumie. Tak dokładnie można opisać klimat (nie tylko tej) płyty. Jak poprzednio tak i tym razem, materiał jest stonowany, spokojny, wyważony i na pewno daleki od impulsywnego grania. Poszczególne utwory wykorzystują zdecydowanie wolne tempa, a sam zespół nie sili się na dźwiękowy sztorm, stąd próżno szukać zadziorności, rockowego pazura, choć momentami zespół potrafi zagęścić atmosferę. Można tego doświadczyć chociażby przy okazji kompozycji „Water”, do której zrealizowano teledysk. Mimo wszystko panowie głównie stawiają na nietuzinkową nastrojowość, delikatne brzmienia, pozbawione laboratoryjnej nieskazitelności. Stąd bierze się pewne rozmycie, klimat rozmarzenia, a może bardziej melancholii czy też przygnębienia o jesiennym kolorycie. Poruszając już kwestię brzmienia, nie przekonuje mnie dysproporcja instrumentalna, a dokładniej chodzi o zbyt wycofaną ekspozycję perkusji. Ta została zmarginalizowana, cofnięta na dalszy plan, co przy bardziej rozwiniętej akcji, odbija się na wyrazistości. W takich momentach sekcja traci swoją moc, którą mieć powinna. Niezależnie od tego, „Weight of Silence” jest bezwzględnie muzyką do kontemplacji, wyciszenia, zdystansowania się względem otaczającego rzeczywistości, zgiełku codzienności.
Komu zatem można polecić „Weight of Silence”? Pomijając fanów zespołu (dla nich jest to pozycja obowiązkowa), z pewnością osobom lubującym się w klimatycznych odmianach szeroko pojętej rockowej alternatywy w dość depresyjnym wydaniu. Jestem też przekonany, że osoby tęskniące za melancholią Anathemy również powinny tu znaleźć coś dla siebie. Ogólnie muzykę zespołu określa się mianem unikalnego połączenia alternatywnego rocka, shoegaze’u oraz postrocka i pewnie to też jest prawda, ale nie siląc się na szufladkowanie, stylistyczną terminologię, LAST LEAF DOWN to propozycja szczególnie dla zwolenników dźwiękowej wrażliwości, którzy w muzyce cenią sobie nastrojowość, niespieszną atmosferę oraz wszechobecną melancholię. Zainteresowanych zapraszam na emocjonalną wędrówkę po zamglonym lesie wśród kojących dźwięków, które potrafią uspokoić.
7/10
Marcin Magiera
Teledyski:


















































