1. Crossroads
2. There Is A Way
3. Lost
4. Mother Earth
5. Waiting Tomorrow
6. Come Together [The Beatles cover]
7. Just One Day
8. What???
9. Coldness
10. Rusty Nail
11. Out Of Control
12. Wolves 'N’ Lambs
13. Smoke And Dreams
14. Piece Of Time
Rok wydania: 2008
Wydawca: Scarlet Records
O włoskim zespole Labyrinth wypowiadałem się wiele już razy. Choćby z
tego względu, że brdzo cenię sobie dwie skrajnie różne albumy grupy.
„Return to heaven’s Denied”, powermetalowe arcydzieło, oraz progresywny
album „Freeman”. Niejednokrotnie też ubolewałem nad tym jak zespół z
albumu na album coraz gorzej brzmi. Album „6 days to nowhere”
recenzowałem już swego czasu na innym serwisie. Zaraz po tym jak album
się ukazał. Jednak po niemal półtora roku od wydania postanowiłem
przyjrzeć się płycie na zimno. Bez żadnych uprzedzeń, ale też bez teryfy
ulgowej jaką często otrzymuje jeden z naszych ulubionych zespołów kiedy
wyda gorszą płytę.
W „6 days to nowhere” pobrzmiewa gdzieś jeszcze echo „Freeman”, zarówno
jeśli chodzi o budowanie kompozycji, jak i subtelne smaczki. Jest to
kolejny jednak album grupy, który brzmi gorzej niż poprzednik. Przede
wszystkim koszmarnie słychać plastikowy werbel. Jeśli chodzi o same
kompozycje, to Labyrinth dalej ma patent na melodie… gorzej z
aranżami. To tutaj upatruję pogorszenia brzmienia zespołu (oprócz
kulejącej produkcji).
Mamy tu do czynienia ze skomasowaniem dobrych pomysłów, często pozornie
kontrastujących. Samo jednak połączenie ich nie jest tak umiejętne jak
to bywało na wcześniejszych płytach.
Rekord wielowątkowości bije utwór „Lost” w którym od akustycznego
początku przez motyw niemal blackmetalowy, trafiamy na soczyste gitary w
stylu flamenco. Wbrew pozorom utwór jest dość spójny. Tylko z
brzmieniem mogło by być lepiej.
W kilku motywach akustycznych na albumie słychać wyeksponowaną ładnie
przestrzeń… zatem całą winę za „kwadratowe brzmienie” ponosi werbel.
Czy producent był głuchy na jedno ucho?
Albumu słucha się więc z mieszanymi uczuciami. Okazuje się nawet, że nie
pomaga dystans, który człowiek nabiera po upływie czasu. Z jednej
strony wiele jest tu kapitalnych motywów, z drugiej utwory z nich
zbudowane są nie tak ciekawie, jak na wcześniejszych albumach. Odnoszę
wrażenie, ze te same pomysły kilka lat temu Labyrinth zaprezentowałby
nam lepiej.
Na szczęście płyty słucha się dość dobrze, jest to po prostu średniak w dyskografii zespołu.
Cóż, ja na Labyrinth jeszcze kreski nie postawiłem, czekam niecierpliwie na kolejny album.
A na zimno płytę oceniam na siedem z minusem.
6,75/10
Piotr Spyra



















































