1. Walk of death
2. Breath of fire
3. Misery memento
4. Bitter story for humanity
5. Sacred land
6. The Rite
7. She sells sanctuary
8. Fals gods
9. The Machine
10. Sinner
Wydawca: Nocut/SPV
Rok Wydania: 2026
Przeglądając i przesłuchując różne nowości wydawnicze zdałem sobie nagle sprawę z faktu, że podróżując muzycznie po świecie zupełnie zapomniałem o tym, co ciekawego można posłuchać na Bałkanach. Co prawda jakiś czas temu recenzowałem słoweńską Siddhartę czy jeszcze wcześniej pochodzącego z Grecji Vasilisa Papakonstantinou oraz bułgarski Epizod. Tak się jednak stało, że zupełnie zapomniałem o Chorwacji. Myślę, że nastała odpowiednia pora by nadrobić tę zaległość. Przykładem jak brzmi chorwacka scena metalowa niech będzie zespół o egipsko brzmiącej nazwie Keops. Grupa powstała w roku 1995 w Rijece z inicjatywy gitarzysty Bruna Mičetića, lecz dopiero w roku 2012 udało się wydać debiutancki album („Keops”, Croatia Records). Zarówno pierwsza jak i druga płyta była śpiewana w języku ojczystym przez Toniego Šuperinę. W mojej ocenie zespół brzmiał wówczas bardzo lekko i wydaje mi się, że wokalista niezupełnie pasował do grupy. Trzeci album („Road to perdition” , SPV) przyniósł zmiany personalne, gdzie na dość krótko miejsce za mikrofonem zajął Zvonimir Špacapan. Najnowszy album, który kryje się pod nazwą „Bitter Story for Humanity” przynosi wiele zmian. Przede wszystkim personalnych, bowiem za mikrofonem staje tym razem kobieta – Vana Beara, na gitarach Bruno Mičetić oraz Branimir Habek. Pojawił także zupełnie nowy muzyk na gitarze basowej, którym jest Zoran Ernoić. Czy zatem ten nowy rozdział będzie tym właściwym i ustabilizuje roszady w składzie zespołu? Przekonajmy się zatem słuchając dziesięć zupełnie nowych kompozycji, w których ponownie nie usłyszymy już języka chorwackiego, a język angielski.
Tak więc na otwarcie krążka „Walk of death”. Pierwsza myśl jaka mi przychodzi do głowy, to grupa postanowiła zaprezentować znacznie cięższe granie. Vana zaś brzmi trochę jak Sandra Nasić. Żeby brzmiało jeszcze bardziej zadziornie, postanowiono zdublować wokal, choć w mojej ocenie trochę przekombinowano i nie potrzebnie przetworzono jej śpiew. Całość jest melodyjna, z niezłą pracą sekcji rytmicznej. Miejscami co prawda gitara kojarzy mi się z riffem zespołu Gnome („Wenceslas”). Posłuchajmy zatem kolejnych kompozycji, gdzie pod dwójką kryje się „Breath of fire”. Tutaj z kolei grupa prezentuje jazdę bez trzymanki, z dużą ilością różnorodnych klawiszy. I tym razem postanowiono dublować wokal. Mam trochę wrażenie, ze realizator trochę nie mógł się zdecydować, który take miksować i postanowił wziął oba. Niestety trochę ze szkodą dla wokalu, bo dziewczyna ma kawał głosu i ten w tle ( który podejrzewam miał być chórkiem) mocno się rozjeżdża z pierwszym planem. Fajnym pomysłem za to jest „rozmowa” dwóch gitar.
Trójka to „Misery memento”. I nie, to nie jest rammsteinowy „Asche zu asche”. Dość dużo tych zapożyczeń. Wreszcie tutaj częściej wokalistka brzmi bez tego dziwnego pogłosu w tle. I brzmi to o wiele lepiej niż na początku. Co ciekawe pomimo, tego Rammsteina z początku numer nawet się broni. Swoje kilka sekund ma także Zoran na gitarze basowej i wykorzystuje je dobrze.
Numer cztery to kompozycja tytułowa. „Bitter story for humanity” rozpędza się dość powoli, lecz kiedy się rozpędzi pojawia się riff, który niestety kojarzyć się może z solowymi dokonaniami Tarji. Całą kompozycję ratuje tu wokalistka. Ale i tu momentami realizator próbował co nieco popsuć. Pierwszą część albumu wieńczy kompozycja „Sacred land”. Tutaj z kolei mamy do czynienia z klasycznym graniem metalowym, bez większych fajerwerków. Chyba największą petardą jest tutaj riff i klawisze jakby żywcem wyjęte z Nightwish lub Osbournowego „Buried Alive”. Zerkajac na kolejne czekające mnie kompozycje patrzy na mnie duże egipskie logo zespołu Keops i zaczyna we mnie kiełkować pewne pytanie. Gdzie tutaj jest Egipt, arabeski, orientalne smaczki- znane mi chociaż z brazylijskiego Medjay- gdzie również bardzo mocno zespół inspiruje się Egiptem. Na razie tego brak, a nazwa zespołu staje się słabym chwytem marketingowym. Może w pozostałych kompozycjach będzie coś orientalnego?
„The Rite” to z kolei ciężki, topornie brzmiący numer. Odnoszę wrażenie, wokalistka przypomniała sobie o wspomnianych przeze mnie arabeskach. Lecz pomimo dobrego głosu kompletnie nie ma warunków by szukać arabesek. W zamian niestety numer brzmi wokalnie jakby chciała wykrzyczeć frustrację, że to chyba nie tak to miało brzmieć. Może na próbach, demo gdzieś ten Egipt brzmiał. Tutaj nadal go nie ma i nie podejrzewam by się pojawił podczas ostatnich czterech kompozycji.
„She sells sanctuary” brzmi jakby został wyjęty z grania lat 80, 90 minionego wieku. Trochę tu grania w stylu Joan Jett, a więc znów nic oryginalnego.
„Fals gods” ma wreszcie te klawisze i klimat około egipski. Niestety to tylko przez chwilkę, bowiem znów wmówił wokalistce, że umie arabeski. Nie, to tutaj nie działa. W zamian tego Vana wręcz krzyczy i słychać, że struny głosowe są już mocno zmęczone, a wraz z nimi słuchacz. Zupełnie nie wiem, dokąd ten zespół chce zmierzać, ale na razie idzie złą ścieżką.
„The machine” i „Sinner” to dwa ostatnie numery na płycie, które puszczam mimo uszu nie skupiając się na niczym innym, niż by zakończyć tę bałkańską przygodę.
Muzycznie może jest to dobra płyta, ale przede wszystkim czuję się jako słuchacz oszukany, bowiem nie tego oczekuję po nazwie Keops i to jeszcze z okiem Horusa w logotypie zespołu. Mam teraz dylemat, która wersja zespołu jest gorsza. Czy ta obecna, czy ta z ojczystym językiem chorwackim. Dylemat nie zostanie rozwiązany, bowiem obie są złe. Tak więc nie polecam.
3/10
Mariusz Fabin




















































