KAREN O & DANGER MOUSE – 2019 – Lux Prima

KAREN O & DANGER MOUSE - Lux Prima

1. Lux Prima
2. Ministry
3. Turn The Light
4. Woman
5. Redeemer
6. Drown
7. Leopard’s Tongue
8. Reveries
9. Nox Lumina

Rok wydania: 2019
Wydawca: BMG
https://karenomusic.com


Ona: Karen Lee Orzolek, jeżeli ktoś teraz zastanawia się czy swojsko brzmiące nazwisko ma jakieś powiązania z nadwiślańskim krajem , to trop jest dobry. Matka Koreanka, ojciec Polak i ich związek wydał na świat córkę urodzoną w południowokoreańskim Busan. Później rodzina przeniosła się do Englewood w stanie New Jersey . Być może decyzja o zmianie miejsca zamieszkania miała kluczowe znaczenie dla przyszłości Karen, bo jeżeli już być artystką to najlepiej w Nowym Jorku. Studiowała na tamtejszym uniwersytecie Tisch School of the Arts. Zwiększyła artystyczne portfolio miasta holenderskich osadników, kiedy wraz z koleżankami założyła grupę Yeah Yeah Yeahs, o której pewnego dnia zdobiło się głośno na całym świecie.

On: Brian Joseph Burton, muzyk, producent , który z czasem przyjął artystyczny pseudonim Danger Mouse. Także nowojorczyk, jest odpowiedzialny za przebojowe brzmienie grupy The Black Keys, za co zgarnął kilka statuetek Grammy.

Razem stworzyli muzykę, której być może nikt się po nich nie spodziewał. Zwłaszcza po Karen, która do tej pory proponowała albo hałaśliwą alternatywę z Yeah Yeah Yeahs albo niestrawnie przynudzała przy akompaniamencie brzdąkającej gitary na swojej pierwszej solowej płycie, którą trafnie zatytułowała Crush Songs. Teraz wszystko potoczyło się inaczej i album „Lux Prima” rzeczywiście jest sporą dawką luksusu. Muzyka w której dominuje artyzm jest niezwykle eklektyczna i przywołuje momentami najlepsze damsko-męskie duety z końca lat sześćdziesiątych. Utwory przepełnia wyobcowany świat bitników ale w alkoholowy sposób Sierge Gainsourg’a i zaśpiewany niegdyś przez Jane Birkin. Zarazem filmowy trop jest jak najbardziej trafny, bo tu i ówdzie zbudowany został nastrój godny samego Enio Morricone. Jeżeli dodamy do tego trip hopowe wycieczki w stylu Portishead i gdzieniegdzie wokalny pazur rodem z Yeah Yeah Yeahs to w zasadzie obraz płyty „Lux Prima” zaczyna być pełny. Za początek utworu tytułowego mającego wiele wspólnego z Pink Floydową klasyką możny by dać się pokroić i posolić. Z resztą długa kompozycja rozpoczyna całość i jest świetnym wprowadzeniem w zawartość płyty. Gromadzi w sobie wszystkie elementu stylu albumu, a poszczególne pomysły później zostają rozwinięte w kolejnych piosenkach. Jednym zdaniem: albo polubi się „Lux Prima” od początku albo trzeba będzie się przełączyć na wiadomości w Jedynce. Ja polubiłem, bardzo.

9/10

Witold Żogała

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *