1.We Brought The Angels Down
2.Blacksong
3.Stormcrow
4.End Of Time
5.Duke Of Love
6.Burning Chains
7.After The Dying
8.Midnight Madness
9.Are You Ready
10.Starfire
Rok wydania: 2006
Wydawca: AFM-Records
https://www.facebook.com/OFFICIALJORN
Jestem wam winien kilka słów wyjaśnienia. Przed Rock Area pisałem dla kilku periodyków. Nie wszystkie przetrwały próbę czasu. W archiwach jednak zachowało się kilka(dziesiąt) tekstów, których szkoda byłoby nie wskrzesić. Jednak należy wziąć poprawkę, na moment w którym były pisane – zazwyczaj był to moment wydania płyty. Kiedy je dzisiaj czytam, sam nie zawsze zgadzam się ówczesną opinią. Jednak postanowiłem w nie nie ingerować – jedynie opatrzyć oryginalną datą publikacji.
07.04.2006
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami , za siedmioma rzekami żył sobie Książe… Choć może tutaj lepiej pasowałby wstępniak do brzydkiego kaczątka…
No cóż – Jorna przedstawiać nie trzeba… no może ze trzy lata temu, trzebaby, ale ostatnio jego kariera nabrała rozpędu, a sam zainteresowany nie daje fanom okazji do nudów. I jeśli nie dostajemy co rusz zapowiedzi nowych płyt z jego udziałem, to od czasu do czasu palnie jakąś głupotę w wywiadzie… Chłop widać dba o swoją karierę.
Na rynek trafia nowy krążek sygnowany nazwą JORN. Nie ma tu żadnych niedomówień. Już dawno Lande podzielił stylistykę w swoich projektach – w Masterplan zajmuje się metalem, w JORN – hard rockiem.
Szybki rzut oka w spis ludzi zaangażowanych w ten album – też żadnych rewolucji (może poza zatrudnieniem znanego klawiszowa Dona Airy). Natomiast ciekawostką jest występ dwóch gitarzystów – J.V. Lofstada, który grał na „Out to every nation” i Tore Morena, który grał na „Worldchanger”. Albumy te różniły się nieco brzmieniowo i stylistycznie. „The Duke” jest niczym innym, jak wypadkową między tymi albumami z małą domieszką The Snakes i „Starfire”.
Na płycie „The Duke” dostajemy porządną porcję hard rocka, mnóstwo świetnych riffów, solówek i melodii. Natomiast nie uświadczymy tu żadnych odkrywczych rzeczy… to po prostu rzemiosło – ale rzemiosło, w które kilku ludzi włożyło całe serca!
Ale niemal do każdej słodyczy ktoś gdzieś musi dodać łyżkę dziegciu. W tym przypadku są nią dla mnie trzy utwory. Po pierwsze „Duke of love” – za dużo Whitesnake… i do tego ten utwór wydaje mi się taki jakiś głupawy… po prostu moim zdaniem jest słabszy od innych. Następnie cover Thin Lizzy – „Are you ready” – po co – na miłość boską… No ja wiem – ukłon w stronę starych czasów… ale w album absolutnie nic nie wnosi… zupełnie niepotrzebny (mógł pójść „na japońca”). A na koniec prawie autoprofanacja – nowa wersja „Starfire”… Powiem tak – jest przearanżowana ciekawie – i jeśli ktoś nie słyszał wersji pierwszej, tan utwór może się spodobać. Ale mnie się bardzo podoba pierwsza wersja – więc po kiego grzyba było to nagrywać od nowa…
Na płycie jest dziesięć utworów. Jeden cover, jedna przeróbka własnego utworu – kurde czuje się perfidnie zrobiony w trąbę… a Japończycy dostali dodatkowo utwór „Noose”. Wprawdzie go nie słyszałem, ale chętnie bym się z nimi zamienił. Z czystej złośliwości mam nadzieję, że dostali taką padlinę jak poprzednim razem (bo utwór „Big” to był klasyczny przykład odrzutu).
Podsumowując – siedem utworów oceniam na maksimum. „We brought the angels down”, „Burning the chains” czy „Blacksong” to wręcz perełki w perspektywie całej twórczości Jorna. Za wcześniej wymienione trzy słabsze utwory muszę odjąć punktów.
Nie zrozumcie mnie źle, to naprawdę bardzo dobry album… ale dla mnie to rewelacyjny album z trzema przeciętniakami. Jeśli ktoś podziela moje zdanie – to na pocieszenie – niedługo wyjdzie nowy GENIUS – i tam znowu usłyszymy Jorna.
7,5/10
Piotr Spyra

















































