JOHAN BAND – 2021 – Do utraty tchu

johan-band-do-utraty-tchu

1. Ikar
2. Za Horyzontem
3. Modlitwa
4. Miłość
5. Postscriptum
6. Sól I Pieprz
7. Światło
8. Klatka
9. Klakier
10. Grzech

Rok Wydania: 2021
Wydawca: Związek Polskich Twórców Sztuki
https://www.facebook.com/johanbandpl/


Johan Band to założony w zeszłym roku zespół byłego wokalisty i lidera warszawskiej heavymetalowej grupy Korpus, Janusza „Johana” Stasiaka, który do pracy nad albumem „Do utraty tchu” zaprosił kilku interesujących muzyków. Na gitarach zagrali bowiem: Mirosław Gil (Collage, Believe) i Marek Wojtachnia (Restless), za perkusją zasiadł znajomy Gila z Believe, Robert Kubajek, na gitarze basowej zagrał Przemysław Zawadzki (również Collage i Believe), a na skrzypcach Robert Bieniak. Wśród zaproszonych gości znaleźli się także: na instrumentach klawiszowych Artur Mikołajski, na skrzypcach Satomi, za fortepianem zaś Konrad Wantrych. Johan zaprosił ponadto do współpracy Winicjusza Chrósta – byłego gitarzystę Breakoutu, dla którego były to jedne z ostatnich nut jakie nagrał w swym życiu (nie doczekał premiery krążka, zmarł 28 marca 2020). „Do utraty tchu” to dziesięć kompozycji, które mocno odbiegają klimatem od tego, co Stasiak na co dzień tworzył w Korpusie. Nie brakuje tu co prawda rockowego pazura, lecz większość utworów krąży wokół spokojniejszego grania. Ale po kolei.

Jako otwieracz mamy spokojny i delikatny „Ikar” z ładną grą gitary akustycznej, klimatycznymi skrzypcami i klawiszami w wykonaniu believowej Satomi. Dopiero z czasem do muzyków dołącza reszta „klasycznego” składu. Kompozycja ta ot tak niby sobie płynie, ale warto zwrócić tutaj uwagę na ciekawie przygrywającą gitarę elektryczną, jakby rozmarzoną ikarowym lotem. Numer ten trochę kojarzy mi się z polskim rockiem lat dziewięćdziesiątych. Program „Muzyczna Jedynka” – ależ to byłby wówczas hicior!

Udało się nie stopić skrzydeł i lecimy dalej, bo gdzieś „Za horyzontem” jest już kolejny ciekawy numer. Pachnie on mocno amerykańskim rockiem. Fajna gitara basowa w tle oraz doskonała praca gitar. W refrenie tego numeru brakuje mi jednego głosu, który idealnie by się tu wkomponował, ale niestety Stan Borys (bo jego mam tu na myśli) wciąż nie jest w stanie śpiewać. Cała kompozycja dość fajnie zagrana i przyjemnie się jej słucha. Może odrobinkę przeszkadzać lekko archaiczny pogłos u wokalisty, na szczęście nie odbiera to większej przyjemności ze słuchania tego numeru.

Gdy już dotarliśmy za horyzont, warto odmówić „Modlitwę”. Zaczynamy od gitary akustycznej, spokojnego wokalu, skrzypiec. I znów zrobiło się klimatycznie i nawet można powiedzieć: romantycznie. To idealna kompozycja do tego, by odsłuchać jej we dwoje, najlepiej pod ciepłym kocem i z lampką wina w dłoni. A potem by do niej nieśpiesznie zatańczyć gdzieś w cichym pokoju. Ot, taka rozmarzona i delikatna ta kompozycja. A o co tych dwoje się modli?

Zapewne o „Miłość”. Romantyczne świece na chwilę gasną na rzecz fajnego rockowego grania. Bardzo dobrze brzmi tutaj Johan, który ciekawie interpretuje swój tekst. Interesująco również wypadają pozostali muzycy. Nie zabrakło miejsca na solówkę, a także na fajną pracę sekcji rytmicznej. Zdecydowanie mocniej ten numer powinien zabrzmieć na koncertach, ponieważ ma on potencjał na jeszcze większą moc.

Zawsze jednak miłość dopisuje jakieś „Postscriptum”. Dla jednych jest ono dość smutne, dla innych jest ono najważniejszą treścią całej historii. A jak wypada ono w formie piosenki? Przede wszystkim ma niesamowity klimat bardzo mocno kojarzący się z „October” U2. W dodatku mamy tutaj ciekawą zagrywkę na skrzypach. W okolicach refrenu delikatnie zmienia się nastrój kompozycji: za sprawą gitary i „gitarowego” riffu granego na skrzypcach jest jeszcze piękniej. Równie ciekawie dzieje się w metrum numeru, bowiem zostaje ono fajnie przełamane i wydaje się, że zespół gra nierówno. Nic bardziej mylnego. Wszystko jest tu bowiem przemyślane, włącznie z fajną solówką na skrzypach, a także lekko chropowatym brzmieniem wokalisty.

Drugą część albumu otwiera „Sól i pieprz”. Zaczynamy od dość połamanego riffu, który delikatnie może się kojarzyć z budkowym „Samotnym domem”. W zwrotce mamy gitarę akustyczną, która potem, w drugiej zwrotce, zmieniona jest na gitarę elektryczną (obie partie brzmią równie interesująco). Warto wsłuchać się znów w rytmiczne skrzypce, które „tworzą” drugą czy nawet trzecią „gitarę”.

„Światło” to dość gitarowy kawałek z różnymi pomysłowymi efektami. Zadziornie w refrenie brzmi tutaj schrypnięty Johan. Cały kawałek zaś obraca się gdzieś pomiędzy bluesrockiem a delikatnie progresywnym graniem (nie zabrakło lekko przytłumionej solówki). Całość jednak jakoś średnio mnie przekonuje, może dlatego, że zespół gra, lecz bez jakichś większych emocji.

Czas zatem na „Klatkę”. I znów jest pięknie, magicznie, za sprawą delikatnej gitary akustycznej i łkającej gitary elektrycznej. Miejscami kawałek może też kojarzyć się trochę z najpiękniejszymi balladowymi dokonaniami Jana Borysewicza. Magicznie brzmi tutaj również wokalista. Jest przeszywająco, w końcu mamy do czynienia z legendami polskiego rocka progresywnego. Całość dopina niesamowita gra na skrzypcach wprost przywołująca „Crazy Love” Marianne Faithfull (ach, to niesamowite zakończenie tej partii!). Zdecydowanie jedna z najlepszych i najpiękniejszych kompozycji na albumie. Polecam słuchać tego numeru z zamkniętymi oczami i włączoną wyobraźnią…

Przedostatni „Klakier” to solidny klasyczny rock o lekko progresywnym odcieniu. Mamy tutaj bardzo połamaną grę na perkusji oraz charakterystyczną grę gitary. Z czasem numer zmienia swe oblicze na hard rockowe. Doskonałym ruchem było zaproszenie do współpracy Roberta Bieniaka, bo facet ma niesamowity talent oraz umiejętności i doskonale słychać, że ma sporo do powiedzenia (zagrania). Nie zabrakło tutaj również miejsca na solówkę i ciekawe efekty gitarowe. Ciekaw jestem jak ten numer zabrzmi na żywo, bo ma warunki do tego, by dać spory ogień.

Album wieńczy „Grzech”, a więc wracamy do spokojniejszych rytmów, chociaż sporo tutaj się dzieje, zarówno w partiach gitary, jak i przy klawiszach. Nie ma tu większych zmian rytmów, czy przyspieszeń – płyniemy powoli ku przystani na końcu krążka.

„Do utraty tchu” to całkiem niezła płyta, idealna dla tych, którzy kochają rocka, ale chcą odrobinkę odpocząć od hałasu. Dużo tu spokojniejszych numerów, w sam raz na jesienną porę i deszcz za oknem. Jest szczypta muzycznej magii, głównie za sprawą doskonałych partii gitar i skrzypiec, tak rzadko w ciekawy sposób wykorzystywanych w muzyce rockowej. Jest nastrój, jest klimat, zatem jest i Johan Band.

7,5/10

Mariusz Fabin

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *