1. Sandcastle
2. Cascading Mirrors
3. Distant World
4. Bulldozer
5. Questions in My Mind (Part I)
6. Hi-tech Orient
7. Questions in My Mind (PartII)
8. Spring
9. Empathy
10. Macedonian War Song
11. Friend
12. Shimmering Karma
13. The Road to Nowhere
14. Raindrops
Rok Wydania: 2008
Wydawca: Attic Room
http://www.myspace.com/ivanmihaljevic
Album Sandcastle niejedno ma oblicze. Kto wie czy ta wiedza jest
niezbędna do sięgnięcia po krążek. Przyznam, że element zaskoczenia,
znacznie poprawia nastrój podczas słuchania płyty.
Zatem na początku mamy do czynienia z ultramelodyjnymi instrumentalami.
Szybkimi i pogodnymi. Pierwszy z nich utrzymany w typowo vaiowskim
stylu, drugi zawiera więcej melodii niż popisów i delikatne ukłony w
stronę grania progresywnego, z czarującymi flażoletami włącznie i
wyrazistymi mięsistymi riffami.
Zaskakuje więc trzeci utwór, który już na początku raczy słuchacza
wokalizami i partiami klawiszy. W refrenie zaś wiele na wskroś
nowoczesnego amerykańskiego rocka, powiedziałbym nawet że w stylu
Nickelback… bardziej ambitne chórki, i ta wszechobecna energia.
Cytaty z klasyki zagrane na kanwę rockową obecnie już nie zaskakują, w
dalszym ciągu utrzymany jest pozytywny klimat albumu – i to jest
zdecydowanie dobry aspekt. Motywy więc nie odstają, nie sprawiają
wrażenia utworów popisowych, lecz raczej urozmaicenia.
Niestety znajdują się na albumie utwory bardziej sztampowe, mniej
charakterystyczne – i zbyt mocno podlane amerykańskim sosem. Pierwszy z
nich do których mam zastrzeżenia – Questions In My Mind (Part I) na
domiar złego ma wokalizy zmiksowane z pewnym pogłosem – i brzmią dziwnie
nienaturalnie.
Ciekawym zabiegiem, ale być może odbieranym za kontrowersyjny jest
również sięgnięcie po elektronikę w Hi-tech Orient. Soczyste gitary na
takim tle brzmią nieco groteskowo, ale efekt kontrastu zapewne się
udał… Kontrastuje tym bardziej, że kolejny utwór to soczyste brzmienia
gitar akustycznych (czy może semi-akustycznych).
Co ważne w dzisiejszych czasach, nie można mieć zarzutów do sekcji
rytmicznej. Na szczęście mamy na płycie perkusistę z krwi i kości, nie
automat. Do tego gitary, zarówno te przesterowane, jak i akustyczne
brzmią soczyście i naturalne. Okazjonalne smaczki jak klawisze czy
piszczały dodają kolorytu.
Zmiany stylistyczne sprawiają, że jest to album niezwykle trudny do
zaszufladkowania. Ciężki rock przeplata się tu z ultramelodyjnymi
komercyjnymi wręcz zabiegami. Ambitne motywy z prostymi melodiami. Album
brzmi bardzo amerykańsko (trudno opędzić się od tego określenia w tym
przypadku) i radośnie, a utwory tchną zaraźliwą energią.
Wprawdzie wolałbym aby na płycie więcej znalazło się utworów z wokalami,
bowiem Ivan Mihaljevic, ma dobry głos. Jeśli miałbym przyrównać jego
barwę i lekką chrypę w pewnych rejestrach – na myśl przychodzi mi
porównanie do głosu Jeffa Watersa.
Wśród swoich faworytów na albumie jednym tchem wymienię Distant World i
The Road To Nowhere, oba kawałki z partiami wokalnymi. Uważam jednak, że
rozsądne proporcje zostały zachowane i album trafi zarówno do
sympatyków gitarowego grania, jak i zwolenników dobrych rockowych
kompozycji.
7,5/10
Piotr Spyra
















































