1. Sign Of The Cross
2. Lord Of The Flies
3. Man On The Edge
4. Fortunes Of War
5. Look For The Truth
6. The Aftermath
7. Judgement Of Heaven
8. Blood On The World’s Hands
9. The Edge Of Darkness
10. 2 A.M.
11. The Unbeliever
Rok Wydania: 1995
Wydawca EMI Records
http://ironmaiden.com
Bywa tak, że do refleksji nad albumem, o którym już wiele powiedziano
czy do przemyśleń nad starszą płytą, która w zasadzie już nie powinna
budzić skrajnych emocji zmusza nas jakiś bodziec.
W związku ze zbliżającym się koncertem Iron Maiden w Warszawie, oraz
przy okazji odświeżenia znajomości z osobą znaną z pewnego forum
muzycznego, obecnie zaangażowaną w fanklub Bloodbrothers, zacząłem
przeglądać forum dyskusyjne fanklubu. Wprawdzie na początku rzuciłem
tylko okiem na kilka tematów, ale zaintrygował mnie temat w którym osoba
słuchająca Iron Maiden, od powrotu do zespołu Dickinsona, pyta
starszych fanów o odczucia związane z pojawieniem się w zespole Blaze’a
Bayleya. Zebrało mnie zaraz na wspominki.
Wyobraźcie sobie, że w połowie lat 90-tych w Polsce o internecie w
zasadzie nie było mowy. Najpopularniejszym źródłem wiedzy i nowości o
muzyce heavy był wówczas magazyn Metal Hammer. Dla tych, którzy oprócz
oglądania teledysków potrafili zrozumieć co nieco po angielsku, kopalnią
wiedzy był nadawany w MTV program HeadBangers Ball.
Już samo odejście Bruce’a Dickinsona odbyło się z pompą… pożegnalny
koncert z pokazem iluzjonistycznym Simona Drake’a doczekał się chyba
nawet foto story w polskiej wersji gazety Bravo. Wieść o nazwisku nowego
wokalisty Maiden pojawiła się u nas dość późno… na tyle późno, że
niektórzy ludzie po przesłuchaniu solowego albumu Dickinsona Balls To
Picasso, woleli nieznane – w postaci nowego głosu w Maiden niż Bruce’a i
jego dziwny album.
Oczywiście działała siatka szpiegowska i kiedy jedna osoba wyniuchała
już jakiegoś niusa, przekazywała go dalej… Stąd w kręgu fanów Maiden
zawsze było wiele gorących tematów. Niemal pewnym swojej posady w Iron
Maiden był już Doogie White… już był w ogródku, już witał się z
gąską… kiedy nagle znienacka, ogłoszono nazwisko – Blaze Bayley.
Kiedy już co bardziej wytrwali ludzie wyłapali z MTV, że nowy głos
dziewicy, to w zasadzie chłop nieznany, ale bynajmniej nie jest osobą
początkującą, zaczęły krążyć wśród znajomych kasety z pojedynczymi
nagraniami Wolfsbane. Nagrania te z żaden sposób nie potrafiły
powiedzieć jak zaprezentuje się Blaze w Maiden. Muzyka Wolfsbane,
wydawała się bowiem kompletnie inną bajką.
Muszę powiedzieć, że wśród moich znajomych po kilku latach oczekiwań na
nowy album, dominowało niecierpliwe oczekiwanie. Nikt już nie narzekał,
że nie ma Dickinsona. Większość ludzi po prostu była wygłodniała nowych
utworów Żelaznej Dziewicy.
The X Factor, bo taki tytuł nosiło dzieło, pojawił się w Polsce w
czasach kiedy piractwa kasetowego w zasadzie już nie było. Piractwa
elektronicznego oczywiście nie było jeszcze. Trzeba było czekać na
pojawienie się albumu nakładem EMI. Młodsi adepci muzyki rockowej
zapewne trudno będą mieli to zrozumieć, ale jedyną szansą na usłyszenie
nowych utworów przed premierą – było słuchanie radia! Było jeszcze
bowiem kilka ciekawych audycji, niemal w każdej stacji traktujących o
muzyce rockowej i metalowej. Oczywiście wszyscy siedzieli z uporem
maniaka przy radioodbiornikach, a w kieszeniach magnetofonów czekały
czyste kasety. Wprawdzie prezenterzy radiowi mieli obowiązek mówić coś
pod koniec każdego utworu, ale co bardziej wyrozumiali starali się
odbębniać swój obowiązek próbując jednocześnie jak najmniej przeszkadzać
w odbiorze muzyki. W taki właśnie sposób jakiś miesiąc może dłużej
przed pojawieniem się kasety w sklepach (wówczas na płytę trzeba było
czekać jeszcze dłużej) miałem nagrane około połowę kompozycji
pochodzących z The X Factor.
Pierwsze co oczywiście robi w takiej sytuacji fan zespołu, to skupia się
na wokalu. Muszę przyznać, że Blaze wywarł na mnie bardzo dobre
wrażenie już od początku. Było w jego głosie coś specyficznego i
przyjemnego, a co najważniejsze nie próbował upodobnić się do Bruce’a.
A cały album wydawał się bardziej mroczny, bardziej przemyślany… wolniejszy i niżej zestrojony niż poprzednie krążki grupy.
Płyta wypełniona jest po brzegi pełnowartościowymi utworami. Było to tym
bardziej istotne w czasach kaset magnetofonowych, gdyż np. dwa słabsze
utwory mogły zdyskredytować jedną stronę kasety.
W przypadku utworów z The X Factor, kiedy zapytamy fanów o ulubione
utwory, możemy z dużym prawdopodobieństwem założyć, że wśród nich znajdą
się te otwierające album, te ze środka stawki, oraz te które płytę
zamykają. Na tym albumie naprawdę nie znalazła się ani jedna przypadkowa
nuta. Po otrzymaniu dzieła tak wyważonego i przemyślanego fani w lot
zrozumieli dlaczego zespół kazał tak długo czekać na pojawienie się
płyty. Każdy element na albumie jest najwyższych lotów. Zarówno melodie,
jak i solówki gitarowe to stary, sprawdzony Maiden. Novum, ale jakże
wartościowym jest basowy wstęp do „Blood on the world’s hands”.
Wcześniej Steve Harris był bardziej powściągliwy i nie pozwalał sobie na
tak zdecydowane wysunięcie swojej basówki na pierwszy plan. Jest to
zarazem ostatni album na którym gitara Harrisa nie brzęczy… z powodu
zbyt nisko zestrojonych strun.
Pierwsze wrażenie podczas obcowania z albumem, było takie, że Iron
Maiden stawia na ciężar i wolniejsze tempo, przy okazji zmuszony niższą
skalą wokalisty mniej jest wokalnych fajerwerków.
Wydawało się, że otrzymaliśmy album zupełnie inny od tego do czego zespół nas przyzwyczaił.
Oczywiście po jakimś czasie, po podejściu do albumu na zimno, można
wyłapać wiele podobieństw – również klimatycznych do poprzednich dokonań
grupy. Weźmy taki „Afraid to shoot strangers” – swobodnie mógłby
wkomponować się w album The X Factor.
Otoczka albumu ponownie zawierała wiele treści i znaczeń ukrytych. Sam
tytuł – The X Factor. nieznany czynnik – czyżby Blaze był aż tak ważnym
elementem, aby poświęcić mu tytuł płyty? A może chodziło o dziesiąty
album?
Mający już wcześniej na pieńku z cenzurą zespół zdecydował się na
opatrzenia albumu podwójną okładką, której (o zgrozo!) nie wykonał Derek
Riggs.
Nawet dziś nie wymieniam tej płyty jednym tchem z moimi ulubionymi
płytami Maiden. Uważam jednak „The X Factor” za album pełnowartościowy.
Lepszy nawet niż niektóre płyty z Dickinsonem. Znajdują się za to na nim
motywy, które z kolei należą do moich faworytów – są nimi solówka w „2
A.M.”, wstęp „The Aftermath” czy wspomniane basowe intro do „Blood on
the wolrd’s hands”.
Płyta miała przede wszystkim bardziej utrudnione zadanie niż inne albumy
Harrisa i spółki. Musiała sprostać oczekiwaniom wielu fanów. Zaspokoić
głód muzyki nawet fanów bezkrytycznych, jednocześnie satysfakcjonować
samych muzyków. Myślę, że te zadania zostały spełnione, a Blaze Bayley
zyskał wielu sympatyków (wielu z nich stracił kolejnym albumem).
Myślę, że o ile przez lata mogło zmienić się moje podejście do tej płyty
z emocjonalnego do bardziej analitycznego – nie zmieniła się moja ocena
The X Factor. Mimo że nie należy do najlepszych płyt Iron Maiden – jest
świetnym albumem!
9/10
Piotr Spyra

















































