INSANIA STOCKHOLM – 2007 – Agony Gift of Life

Insania Stockholm - Agony gift of life

1. Agony (intro, instrumental) 1:53
2. Facing my destiny 5:37
3. Hope 4:00
4. To live another day 5:04
5. Gift of life 7:20
6. One day 6:15
7. Fight for life 5:32
8. Valley of sunlight 6:27
9. Times of glory 8:21
10. Dreams 5:49
11. Time passes by 3:21
12. Alive 6:26

Rok wydania: 2007
Wydawca: Black Lodge / Sound Pollution


Od 1992 roku, bo od tego czasu istnieje INSANIA Stockholm, zespół zdążył nagrać już cztery albumy i wymienił praktycznie wszystkich członków zespołu. Z oryginalnego składu pozostał jedynie perkusista i założyciel w jednej osobie, Mikko Korsbäck oraz basista, Tomas Stolt. Poza tym patrząc na nazwiska osób, jakie brały udział przy nagraniu „Fantasy – A New Dimension” z 2003 roku widać, iż obecny skład, różni się dość znacząco. Miejsca dwóch gitarzystów Henrika Juhano i Niklasa Dahlino przejął uzdolniony Peter Östros i trzeba przyznać, że świetnie wypełnia swoją funkcję. Kolejnym świeżym nabytkiem zespołu, stał się Dimitri Keiski, który obsługuje instrumenty klawiszowe, zamiast Patrika Västilä.

Co prezentuje ta grupa i w jakiej stylistyce się porusza? INSANIA S. jak sama nazwa wskazuje, pochodzi ze Szwecji, kraju, który nie powinien narzekać na deficyt zdolnych zespołów. Również i w tym przypadku mamy do czynienia z zespołem ciekawym i godnym uwagi. Nie jest to może muzyka oryginalna, ale wykonana w taki sposób, że warto poświecić jej trochę uwagi. Słychać, że panowie mają niebanalny warsztat oraz wiele pomysłów, których realizacja powinna budzić uznanie.

Płyta rozpoczyna intro „Agony”, wykorzystujące kilka interesujących motywów. Po prawie dwóch minutach dźwięków zakrawających na muzykę filmową, ciekawym wstępem klawiszowym zaczyna się przebojowy „Facing My Destiny” i już od pierwszych taktów wiemy, z czym mamy do czynienia… „Agony Gift Of Life” to album typowo Power Metalowy, którego muzyka najmocniej kojarzy mi się z twórczością ich krajanów ze Stratovarius, czy Narnia. „Facing My Destiny” posiada refren niezwykle wpadający w ucho i pokazuje jak uzdolnionym wokalistą jest Ola Halén. Facet często zapuszcza się w wysokie rejestry i wychodzi mu to nadzwyczaj dobrze. Sekcja jedzie typowo dla tego typu grania, czyli dużo podwójnej stopy i do przodu, ale tak nie do końca, bo są tu „smaczki” aranżacyjne. Już od pierwszego kawałka rzuca się w ucho wysoki warsztat gitarzysty. Wykorzystuje on często motywy z muzyki klasycznej, co może nie jest nowatorskie, ale z pewnością efektowne, tym bardziej jak robi się to z klasą.
Po mocno energetycznym utworze, zespół wykonuje „Hope”, którego linia wokalna powinna przypaść do gustu, szczególnie fanom z Japonii (tak mi się jakoś skojarzyło). W tym kawałku znowu kilka odniesień do muzyki klasycznej, co słychać w liniach wokalnych w przedrefrenie oraz w partiach solowych po zwolnieniu. Na koniec wokalista śpiewa jeszcze wyżej i słuchając jego popisów odnoszę wrażenie, że nie sprawia mu to problemów.
Następny „To Live Another Day” na samym wstępie zapowiada ciekawy motyw, który przewija się już przez cały utwór. Smakowicie wypada praca wokalisty w refrenach, oczywiści przy dźwiękach przebojowego motywu przewodniego. Ten kawałek to naprawdę perełka i hit, który powinien się ciekawie prezentować na żywo.
Kolejny kawałek rozpoczyna żywiołowa praca perkusji, którą przerywa dość zabawny patent grany na klawiszach, by w końcu przeistoczyć się w typowy powerowy hymn. Tutaj kolejny raz urzekła mnie praca wokalisty (świetny refren).. Po dość dużej dawce energii, INSANIA S. prezentuję balladowy „One Day”. Jest to doskonała odskocznia od powerowej jazdy, której grupa nam nie szczędzi. W utworze słychać akustyczne solo, jeszcze bardziej zmiękczając atmosferę. Po chwili wytchnienia ponownie z głośników wylewa się szybkie kostkowanie gitarzysty i już wiadomo, że za moment znowu będzie szybko.. Nie ma tu już takiej przebojowości, aniżeli we wcześniejszych kawałkach, ale też jest dobrze i ciekawie prezentuje się krótki pojedynek klawiszowa z gitarzystą podczas solówki. W następnym „Valley Of Sunlight” mocniej eksponują się klawisze oraz wyższe partie wokalne. Ten utwór przywiódł mi na myśl granie w stylu Narnia.
Najdłuższy na płycie „Times Of Glory” rozpoczyna się patentem, który wykorzystał chociażby Helloween, łącząc kilka swoich utworów. W tym przypadku jest podobnie, kawałki puszczone są w tle analogowych zakłóceń. Po tym motywie pojawia się pianino, a za moment dochodzi do tego reszta instrumentów. Kawałek, dla mnie ciekawy, bo zawierający pomysłowe rozwiązania. Pojawia się tu solo klawiszowe stylizowane na hammondowe brzmienie. Całość utrzymana jest w średnim tempie.
Po szybkim „Dreams” zespół ponownie uspokaja balladą „Time Passess By” wykonaną przy akompaniamencie gitary klasycznej z klawiszami w tle. Tak dochodzimy do ostatniego „Alive”, który w udany sposób zamyka album.

Poznanie tego albumy sprawiło mi sporo frajdy. Jest tu wiele melodii, które dla mnie odgrywają kluczową rolę. Ponadto zespół posiada wysokie umiejętności, szczególnie utalentowany wokalista oraz gitarzysta, których wniesiony wkład nie pozostaje niezauważony. Podobało mi się częste sięganie po motywy w stylu muzyki klasycznej, co w takim gatunku jest jak najbardziej pożądane. Mogło być jeszcze więcej urozmaiceń, ale i tak uważam, iż jest to bardzo solidny album i powinien przypaść do gustu sympatykom zespołów grających melodyjny Power Metal.

8,2/10
Marcin/S!X/Magiera

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *