1. Dystopia (5:49)
2. Anthem (4:54)
3. Boiling Point (2:47)
4. Anguish of Youth (4:41)
5. V (3:39)
6. Dark City (5:42)
7. Equilibrium (4:31)
8. Days of Rage (2:17)
9. End of Innocence (4:07)
10. Soylent Green (4:20) – bonus track
11. Iron Will (4:15) – bonus track
12. Tragedy and Triumph (7:44)
13. Anthem (String Mix) (4:52) – bonus track
Rok wydania: 2011
Wydawca: Century Media
http://www.icedearth.com
Na ten album fani tej kultowej w pewnych kręgach amerykańskiej kapeli
czekali z niepokojem. Po raz kolejny szeregi Iced Earth opuścił
charyzmatyczny wokalista Matt Barlow. Lider, gitarzysta i kompozytor w
jednej osobie, czyli Jon Schaffer znów jednak udowodnił, że ma dobrą
rękę do wokalistów. Sięgnięcie po Stu Blocka z Into Eternity to „strzał w
dziesiątkę”. Facet ma niesamowite możliwości głosowe: na płytach
macierzystej kapeli w jednym kawałku potrafił przejść od growlu do
czyściutkich partii w wysokich rejestrach. Power metalowa konwencja
uprawiana od trzech dekad przez Iced Earth wydawała się więc wprost
stworzona dla niego. I rzeczywiście: od strony wokalnej Block dał radę,
nie ma się do czego przyczepić.
Średnio spisał się natomiast muzyczny szef Iced Earth. Co prawda
„Dystopia” zaczyna się bardziej niż obiecująco. Świetny, masywny kawałek
tytułowy wywołuje przyspieszone bicie serca i zachęca do machania
łepetyną. Dobry nastrój u słuchacza podtrzymuje również „Anthem”, jak na
tytuł przystało – prawdziwy metalowy hymn. Ale na wysokości „Boiling
Point” pojawia się problem. Trzeci kawałek przelatuje błyskawicznie i
niewiele pozostawia w pamięci. „Anguis of Youth” – to samo, mimo że
panowie bardzo się starają. Niestety te dwa kawałki nie są wyjątkiem na
płycie…
Ale to już było! – chciałoby się zakrzyknąć za Marylą Rodowicz
słuchając „Dystopii”. Schaffer sięgnął po dobrze znane, wypróbowane
(żeby nie napisać – zgrane) patenty znane z klasycznych produkcji
kapeli, miejscami – jak w „Dark City” czy „End Of Innocence” zahacza
wręcz o autoplagiaty. Oczywiście – to nie musi być wada. Pod warunkiem
jednak, że ze sprawdzonych, przetworzonych już na dziesiątki sposobów
składników uda się przyrządzić coś nowego, ekscytującego. Tak jak Iron
Maiden na „Brave New World” chociażby. Wymieniam Angoli nieprzypadkowo,
wszak sami członkowie Iced Earth zaliczyli ich do swoich muzycznych
bogów i oddali hołd na krążku z coverami…
A tutaj mamy do czynienia z solidnym produktem, na którym rzemiosło co
rusz przegrywa ze sztuką. „Dystopia” to nie jest zła płyta, czasem do
niej wracam, ale do „Top 3” w dyskografii Iced Earth raczej nie włączę. I
wątpię by obecność Barlowa w studiu podczas sesji nagraniowej coś
zmieniła. Tak jak wspomniałem wcześniej: problem tkwi gdzie w indziej (a
raczej w kimś innym)…
5/10
Robert Dłucik

















































