1. Burnt Offerings 07:22
2. Last December 03:24
3. Diary 06:03
4. Brainwashed 05:23
5. Burning Oasis 06:00
6. Creator Failure 06:03
7. The Pierced Spirit 01:54
8. Dante’s Inferno 16:30
Rok wydania: 1995
Wydawca: Century Media
http://icedearth.com
„Burnt Offerings” nie jest ani najlepszym albumem ICED EARTH, ani
pierwszym który trafił w moje ręce. Mam natomiast do niego sentyment,
ponieważ jest unikalnie ciężki. Z biegiem czasu odniosłem wrażenie, że
część konceptu „Plagues of Babylon” zbliżyła się mniejszą zawartością
melodii a i ciężarem do tej płyty, jednakże tylko częściowo, więc
zostawmy to jako ciekawostkę.
Na płycie z 1995 roku po raz pierwszy pojawił się wyśmienity Matt Barlow
z niskim, głębokim głosem. Poprzedni wokaliści, pozostali zatem
epizodami, bowiem Barlow nie dość że zagościł w zespole na lata, to
później zaliczył udany comeback. Ale to również dygresja.
Zespół ICED EARTH z płyty na płytę poprawial jakość produkcyjną, ale i
utwory stawały się coraz bardziej ambitne. I na poprzednich albumach nie
brakowało rozbudowanych i zmiennych kompozycji, jednakże to co pojawiło
się na opatrzonym wizerunkiem zasępionego diabła, albumie przyniosło
zdecydowany jakościowy skok. „Burnt Offerings” śmierdzi zresztą siarką
na kilometr. Na pewno na odbiór ciężaru wpływ ma że utwory są raczej
wolniejsze (choć to też wrażenie, bo zrywów i galopad nie brakuje).
Utwór tytułowy jest do dziś jednym z moich ulubionych kawałków ekipy
Jona Schaffera, a takie kawałki jak „Last December” czy epickie „Dante’s
Inferno” na lata zagościły w żelaznej setliście i stały się już
klasykami.
Obiektywnie rzecz biorąc to dopiero kolejne albumy zdefiniowały styl
zespołu, a trasy promujące dwie kolejne płyty zdobyły grupie rzesze
fanów poza granicami ojczyzny. Ale „Burnt Offerings” wyrwany z
dyskografii do dziś najbardziej zaskakuje – i to w pozytywnym tego slowa
znaczeniu.
Zespół nie ma praw do wznowień swoich pierwszych płyt, Century Media
obecnie pod skrzydłami SONY, bodaj nie zgodziło się ich odsprzedać. Stąd
decyzja że ICED EARTH nagra je niebawem od nowa. Ten materiał w części
już przeżył takie zabiegi za sprawą składanki „Days of purgatory” wierzę
więc, że i tym razem ekipa albumu nie przekombinuje. Czego sobie i wam
życzę, bo byłoby szkoda odrzeć go z „siary” i otrzeć z piekielnego
pyłu.
Piotr Spyra


















































