1. Towards The Last Sunset
2. World 2
3. Horses From Shelville
4. Iris
5. Soil
6. Mathematix
7. Walking In The Dark
8. The Lost Boys
9. Hypoxia
10. Before It Is Too Late
Rok wydania: 2009
Wydawca: Ampersand Records
Mówiło się o nich jako o najlepszym polskim zespole bez płyty. Dzień 28
września bieżącego roku odebrał warszawskiemu Hatifnats ten tytuł. To
wtedy na sklepowych półkach pojawił się krążek zatytułowany „Before It’s
Too Late” wyprodukowany przez Mariusza Szypurę (Silver Rocket). Nie
jest to debiut rzucający się w oczy. To płyta, którą łatwo wśród tych
półek przeoczyć. W oprawie graficznej postawiono bowiem na minimalizm
jakby dając tym samym do zrozumienia, że liczy się zawartość. A
zawartość to jedno z najciekawszych tegorocznych płytowych wydarzeń na
niezależnej polskiej scenie muzycznej.
Zespół, co zdradziło już pierwsze zdanie, od początku przejawiał pewien
potencjał, choć pewnie niewielu spoza Warszawy o nich słyszało.
Istnieje jednak grupa, która zdążyła, chociażby drogą kliknięcia na
majspejsowej stronie zespołu, poznać utwory „Horses from Shellville”,
„Walking In the dark” czy „Mathematix” zanim pojawiły się na płycie,
której twórcy przearanżowali je nieco na potrzeby całości. I
rzeczywiście piosenki tutaj to pewna całość przynosząca poczucie innej
rzeczywistości. Utwory na płycie zgranie budują tą rzeczywistość, w
specyfice bliskiej islandzkim klimatom. Do albumu wprowadza
instrumentalne wejście, przez którego tajemniczość w zasadzie nie wiemy
czego się dalej spodziewać. A dalej rozpoczyna się konkretna piosenkowa
melodia, niebanalnie nastrojowa, dźwięki po prostu rozpływają się po
twoim otoczeniu, niekiedy ukazując chropowatość. I tak będzie do
końca. Można usiąść i próbować się zrelaksować jednocześnie trwając w
skupieniu i pewnym napięciu (zwłaszcza jeśli tak jak ja czekało się na
tę płytę dość niecierpliwie).
Nic nas z hukiem nie sprowadza na ziemię podczas tej podróży. Brzmienie
wszystkich kompozycji jest zbliżone, nawet jednorodne, hipnotyczne,
potężne, gitarowo przybrudzone. Zmienia się delikatnie melodia,
zawartość tekstowa. Nie są to jednak proste utwory, ani proste w
odbiorze ani w konstrukcji. To rozwinięte muzycznie opowiadania (głównie
o… chyba po prostu niekiedy zawiłych relacjach z drugą osobą i
światem). Skupienie wciąż na nowo wzmagają wplecione w utwory
dynamiczne, pełne dysonansów i bardziej zdecydowane gitarowe zagrania
czy zmiana spokojnego śpiewu w wołanie. Słyszysz potężny ładunek
emocjonalny, niepewność, walkę, przejęcie, poezję i prozę. Nawet z
pozoru łagodne piosenki nie przynoszą całkowitego spokoju. Coś w nich
drzemie. Czy to w sposobie śpiewania, tekście czy w zmieniających się
niepokojąco partiach instrumentalnych. I ten głos. Męski (chłopięcy?)
głos, który do tej pory był jednym z ukrytych fenomenów polskiej sceny
muzycznej. Głos anielski, łagodny, w pewien sposób kojący, o który byś
męskich strun głosowych nie posądził. Spotykaliśmy się już z takimi
przypadkami , teraz widzimy kolejny, tym razem z Warszawy.
To płyta, która czeka na słuchacza ciekawego, obdarzonego pewną dozą
muzycznej wrażliwości, takiego, który słuchając lubi o reszcie świata
zapomnieć. Jeśli czujesz, że coś takiego w sobie masz, skieruj się
pewnym krokiem do sklepu. Zanim będzie za późno.
K.













































