1. Reveillons nous !
2. Psychico corrosif
3. Le fer dans la plaie
4. Scarifies
5. Je condamne et j’accuse
6. Aurore boreale
7. Images du monde
8. Mon anarchie
9. Droit et fier
Rok wydania: 2015
Wydawca: Harmorage
Francja do pewnego czasu kojarzyła mi się tylko z bogatą historią,
dobrym jedzeniem, jeszcze lepszym winem i szampanem. Kojarzyła mi się
także osadą Galów, którzy bronią się przed Rzymianami, jak również
przepięknymi piosenkami Joe Dassina, Edith Piaf czy ze współczesnych
Garou czy Mylene Farmer (chociaż akurat ci ostatni są Kanadyjczykami, to
jednak niesamowicie popularni nad Sekwaną).
Trochę się to zmieniło, kiedy w ciągu ostatnich miesięcy udało mi się
poznać i również nieco przybliżyć francuską scenę muzyki rockowej i
metalowej. I tak jakiś czas temu dotarł do mnie drugi album pochodzącej z
Lyonu grupy Harmorage, jednak natłok innych bardzo dobrych płyt (w tym
np. Mallory) sprawił, że poszedł on w odstawkę.
Ale oto i ich czas właśnie nadszedł. Grupa powstała w 2004 roku za
sprawą braci Chalon – wokalisty Daniela i gitarzysty Nicolasa.
Fonograficznie zespół debiutował w 2007 roku albumem „Berserker”. W
obecnym składzie razem z braćmi grają ponadto Frederick Fiaschi na
gitarze basowej oraz Bertrand Minary na perkusji. Wydany w 2015 roku
„Psychico Corrosif” zawiera 9 utworów, które czas najwyższy odsłuchać.
A odsłuch zaczynamy od „Reveillons Nous!”. Rozpoczyna go klimatyczne
intro, sprowadzające się do różnych klawiszy, dźwięków oraz didgeridoo
(instrumentu dętego, którego używali Aborygeni). Intro przechodzi w
rockowe granie, w którym, co ważne, Daniel śpiewa po francusku, wokalnie
plasując się gdzieś w okolicach Sepultury. Śpiew zawieszony jest gdzieś
pomiędzy growlem, a hard core. Instrumenty zaś brzmią troszkę dziwnie:
płasko, ale i trochę jakby za bardzo wysunięte do przodu. Można odnieść
wrażenie, że wszystko się zlewa w jedno. Sam numer dość szybki,
okraszony dobrą solówką.
Pora więc zajrzeć uchem do utworu tytułowego. „Psychico corrosif”: od
samego początku wgniata core’owy klimat numeru. I o ile fajnie brzmi bas
w tle, o tyle momentami gitarzysta trochę za bardzo szarżuje i nie
trzyma gitary w ryzach. Wkrada się fałsz oraz ozdobniki, zrobione pod
Zakka Wylda. Ciekawie tym razem brzmi okołogrowl Daniela. Jest złowrogi,
ale i momentami melodyjny.
Trójka to „Le fer dans la plaie”. Od samego początku jest dobrze.
Świetnie bulgoczący bas i bijąca po uszach perkusja. Niestety jednak jak
to w przypadku wielu różnych młodych kapel, realizator nie do końca
wiedział, jak ustawić poziom nagrywania poszczególnych instrumentów. I
znów mamy do czynienia z tym, że muzycy wzajemnie się przekrzykują. Daje
to taki efekt, że nie można się skupić na żadnym instrumencie. A
szkoda, bo kompozycja zawiera fajne fragmenty – w tym fajny riff i dobrą
solówkę (nie mówiąc o dobrze wypracowanej sekcji rytmicznej). Może
dalej będzie lepiej.
„Scarifié” to na początku jeszcze raz dobry mięsisty bas i dobra gitara.
Szkoda tylko, że wokal ograniczony jest do płaskiego pseudogrowlu. Co
prawda Daniel próbuje melodyjnie śpiewać, ale to wszystko jest bardzo
płasko nagrane. Brzmi on jakby śpiewał w garażu, zaś zespół miał w
profesjonalnym studiu. Może byłby to dobry numer, gdyby też piosenka
miała jakąś melodię, a tutaj to brzmi jakby każdy grał co innego.
Szkoda, bo bas zapowiadał coś naprawdę interesującego. Jedyny pozytyw to
dynamiczna solówka.
Czy podobnie będzie z „Je confamne et j’accuse”? Intro zapowiada
klimatyczną balladę (powiedzmy coś pomiędzy Black Sabbath a Guns
N’Roses). Jednak nagle przyspieszamy, robiąc z tego dobrego początku
hard core’ową napierdzielankę. Zwolnienie następuje podczas refrenu. Ale
z kolei wokal jest tak źle nagrany, że aż się prosi o to, by napisać do
zespołu z prośbą, by gitarzysta jednak skupił się na grze, a nie
zajmował się produkcją dźwięku. Inna sprawa, że jego gitara jest na tej
płycie nagrana najlepiej. Samolub.
„Aurore boreale” z początku brzmi natomiast trochę jak „Daffodil lament”
The Cranberries. Tamten utwór przepełniony jest jednak niesamowitymi
emocjami i przeszywającą gitarą. A jak się ma sprawa u Francuzów? Jest
krocząco i trochę rapująco. Prosi się dramatycznie o inny wokal. Ale
niestety Daniel nie potrafi inaczej, nie czuje emocji, nawet pomimo
zupełnie innego od poprzednich klimatu numeru. Znów szkoda, a jedyne co
poprawia jego sytuację, to fakt, że wreszcie jest to w miarę dobrze
nagrany kawałek. Chociaż znów na pierwszy plan wybija się Nicolas. W
utworze trochę się dzieje, ale ogólnie ma się wrażenie, że kompozycja
nie jest najlepsza, bo poszczególne części numeru do siebie zwyczajnie
nie pasują.
Dlatego też przechodzimy do siódmej już pozycji na płycie, znów
rozpoczynającej się od basu. „Images du monde” rozpoczyna się
smakowicie. Dobra gitara, wreszcie jakiś porządny riff. Na pochwałę w
końcu zasługuje zmiana wokalu – co prawda ten danielowy pseudogrowl
brzmi dokładnie tak samo, jak w poprzednich numerach, lecz szansę
dostaje również „normalny” wokal. I trzeba uczciwie powiedzieć, że w
tych fragmentach wreszcie robi się interesująco. Smaczkiem są lekkie
orientalne fragmenty na gitarze. Poza tym w połowie numeru piosenka
wreszcie atakuje porządnym metalowym riffem. Jest ciężko, a wokal brzmi
tak, jak powinien. Warto było długo czekać na ta kilkadziesiąt sekund
porządnej metalowej gry.
Ósmym na płycie jest „Mon Anarchie” i niestety z miejsca obniżamy loty i
wracamy do tego, co było już wcześniej, czyli grania bez ładu i składu.
Co prawda Daniel odkrył w poprzednim utworze nowe zdolności wokalne w
postaci zwykłego śpiewu, to jednak tutaj to absolutnie nie zdaje
egzaminu. Nie ma tu nic odkrywczego.
„Droit et fier” prezentuje na początku dobry riff. Jest wgniatająco,
mięsiście – tak jak powinno. Jest tu nawet trochę starej Metalliki.
Niestety wokalista kompletnie nie czuje tego, o co chodzi w kompozycjach
i usilnie proponuje słuchaczowi swój pseudogrowl, który jest tu
potrzebny tak, jak szewcowi pióro.
Może pewnego dnia Harmorage ruszy z miejsca, w którym utknął, ale i tak
czeka go długa droga. Przede wszystkim jest tu potrzebna harmonia, która
spowoduje, że piosenki będą składne. Zespół powinien również poszukać
doświadczonego producenta, a Daniel – lekcji śpiewu, które pozwolą mu
odkryć to, co być może jeszcze w jego głosie jest do odkrycia. Plusy?
Sekcja rytmiczna, która gra, aż miło. Trochę to jednak za mało.
3/10
Mariusz Fabin




















































