1. Dunluce (Part I)
2. After the war
3. Speak For Yourself
4. Livin’ On Dreams
5. Led Clones
6. The Messiah Will Come Again
7. Running From the Storm
8. This Thing For Love
9. Ready For Love
10. Blood Of Emeralds
11. Dunluce (Part II)
Rok wydania: 1989
Wydawca: Virgin
http://www.gary-moore.com
Gary Moore to taka postać ze świata muzyki, która już zawsze będzie
kojarzyć się głównie z bluesem. Ten przedwcześnie zmarły muzyk miał
wyjątkowe poczucie rytmu, a także techniczne umiejętności, co w muzyce
bluesowej jest ważne. Miał on jeszcze jeden talent – wszechstronność w
pisaniu hardrockowych kompozycji. Przykładem tego muzycznego geniuszu
może być album, któremu w tym roku stuknęła trzydziesta rocznica
wydania. Płyta „After the war”, bo o niej mowa, jest idealnym przykładem
na to, jak rockowe, gitarowe granie może być równocześnie szalenie
melodyjne. A jeśli weźmiemy do tego plejadę muzyków, którzy wspomagają
Gary’ego na tym albumie, to możemy być pewni, że to właściwie jedna z
najlepszych rockowych płyt końca lat 80. ubiegłego wieku. W każdym z
utworów pojawia się inny gość, ale oczywiście istnieje żelazny trzon
instrumentalistów, do których należą: grający na gitarze basowej Bob
Daisley, zasiadający za perkusją nieodżałowany Cozy Powell, a klawiszami
dowodzi w głównej mierze Don Airey. Na przedstawienie pozostałych
muzyków jeszcze przyjdzie pora.
Album zaczyna pierwsza część kompozycji „Dunluce”. Jest to krótki
instrumentalny utwór, gdzie już na starcie mamy przepiękną grę gitary.
Brzmi ona bardzo irlandzko, to hołd złożony ruinom trzynastowiecznego
zamku Dunluce, położonego na malowniczym cyplu Irlandii Północnej.
Wspominałem o muzykach. Klawiszowe tło „robi” tutaj znany z zespołu UFO
Neil Carter.
Dwójka to numer tytułowy. „After the war” otwiera dźwięk helikopterów,
który płynnie przechodzi w klawiszowe fanfary. Głos wokalisty jest lekko
schowany i brzmi z pogłosem, a na pierwszy plan wysunięta jest jego
gitara. Gra ona aż milo, i to nie tylko w wybornej solówce, która
rozpoczyna się od motywu zaczerpniętego z muzyki klasycznej. Gary
znalazł także pomysł na dość nietypowe prowadzenie gitary podczas
zwrotki. Dziś już rzadko kiedy gitarzysta w taki sposób towarzyszy
wokaliście. Sama kompozycja bardzo dobra, szybka z głosem towarzyszącym
do Andrew Eldritcha, którego usłyszymy także w następnym utworze.
Szybkie otwarcie „Speak for yourself” przywodzi jednoznacznie na myśl
Randego Rhoadsa. Nie bez kozery wspominam o tym niezwykle utalentowanym
gitarzyście, związanym z zespołem Ozzy’ego Osbourne’a, ponieważ to
właśnie sam Książę Ciemności pojawia się tutaj, towarzysząc Gary’emu w
refrenie. Znów wyborny kawałek, szybki, zwariowany, ale mający w sobie
dużą dozę zadziorności. No i znów ta solówka. Bardzo mocno i rzeczowo
brzmi tu perkusja Simona Philipsa, który nie boi się konkurencji
Cozy’ego Powella.
Jego grę usłyszymy właśnie w następnym utworze, „Livin’ on dreams”. To
klasyczny rock’n’roll, w którym prym wiodą gitara oraz perkusja. Numer
trochę kojarzy mi się z graniem, jakie prezentuje ZZ Top czy Def
Leppard. Nie brak tu zmian rytmu czy technicznych wstawek. Warto też
przysłuchać się grze gitary basowej w tle, ponieważ ciekawie dudni
nadając rytm.
Kolejnym numerem jest „Led clones”, napisany „w uwielbieniu” dla
popularnego w tamtym okresie zespołu Kingdom Come, „klonującego” muzykę
Led Zeppelin („widziałem ich w radiu, słyszałem na video”, mówi
ironiczny tekst). Tutaj z cienia wychodzi Ozzy i śpiewa razem z Garym na
pierwszej linii rockowego frontu. To, co od razu rzuca się w uszy, to
rzecz jasna obowiązkowy zeppelinowski riff, mocno, jak na „klona”
przystało, inspirujący się „Kashmirem”, a sam Moore brzmi w pewnym
momencie zupełnie jak Robert Plant. Można jeszcze dołożyć do tego
wakemanowskie klawisze, imitujące smyki na zakończenie utworu i mamy
pierwszorzędnie pomyślany i wykonany kawałek.
Dla wielu osób Gary Moore to przede wszystkim bluesman. Fani takiego
grania na tej płycie też znajdą coś dla siebie. „The Messiah will come
again” rozpoczynają przepiękne delikatne klawisze Dona Aireya oraz
rozmarzona gitara, która z czasem nabierze odpowiedniej mocy. O tym, że
Powell był wybornym pałkerem wiadomo już było w latach 70., kiedy grał
np. w Rainbow, lecz za to, jak „czuje tu bluesa” do dziś należą mu się
pokłony. Równie mocne brawa powinien zebrać sam Moore, który w
przepiękny i przemyślany sposób wydobywa ze swej gitary wszystko to, co
najważniejsze. Moc, emocje, ale też i wrażliwość, delikatność. Niestety
dziś na płytach hardrockowych brakuje już miejsca i czasu na tak
dostojną improwizowaną grę, bo wszystko musi dziać się szybko. Czasem
jednak warto zagłębić się w to, co artysta ma do przekazania. I ten
numer właśnie taki jest – można go słuchać i słuchać.
„Running from the storm” to znów ciężka, rockowa lokomotywa, z genialną
złowrogą gitarą, równie mocną perkusją i kapitalnymi klawiszami. Ach,
czemu dziś już takich numerów się nie komponuje! Mamy tu znów i ciekawe
smaczki techniczne, i melodyjny refren. Gra gitary prowokuje natomiast
do chóralnego śpiewania, a to, w jaki sposób Gary gra solówkę sprawia,
że usta otwierają się w niemym zachwycie, że można tak szybko i
precyzyjnie, a do tego melodyjnie śmigać po gryfie.
Kolejna kompozycja to znów razem Moore, Powell, Airey oraz Daisley.
„This thing called love” jest rock’n’rollem, który trochę jednak bez
pomysłu pędzi na łeb na szyję. Numer do posłuchania, ale nie wnosi nic
nowego do albumu. Dlatego przejdziemy do kolejnego.
A jest nim „Ready for love”, w którym na szczęście już wracamy na
właściwe tory. Jest rockowo, trochę znów pod ZZ Top, ale gdzieś słyszę
tu Petera Gabriela. Warto zwrócić uwagę na świetne dudnienie basu, Sam
Brown w chórkach, no i znów technicznie wyżywającego się gitarzystę.
Szkoda, że w żadnym radiu nie można usłyszeć tego kawałka, bo jest on
świetnym przykładem na to, że Gary Moore to nie tylko „bluesy”, ale i
całkiem przebojowe „rocki”, w sam raz na towarzystwo do porannej kawy.
„Blood of emeralds” to jeszcze jedna kompozycja, jakiej dziś już się nie
pisze. Delikatna gitara, werble i przejście w ciężkie, rockowe granie
inspirowanie irlandzkim folklorem (w podobny sposób folkiem inspirował
się później np. Ayreon), z doskonałą „opowiadającą” strukturą. Tu
jeszcze raz muzykowi towarzyszy Andrew Eldritch, który swym niskim
głosem wspomaga refren.
Album wieńczy druga część „Dunluce”, będąca rozwinięciem tematu
początkowego – przepiękna instrumentalna kompozycja, w której znów
brzmią tylko klawisze i gitara. Niczego więcej tu nie trzeba.
Od premiery tego albumu minęło trzydzieści lat, a magia i siła drzemiąca
na tym krążku ani trochę nie zblakła. Można się trochę przyczepić do
archaicznej produkcji płyty, tu i ówdzie pewnie można by było coś
poprawić, a głos wokalisty nieco wysunąć. Tak czy inaczej „After the
war” jest świetną propozycją dla wszystkich myślących, że Gary Moore był
gitarzystą, który „wciąż miał dla nas tylko bluesa”.
9/10
Mariusz Fabin

















































