1. Of Light and Shadows
2. Enter the Storm
3. Total Devastation
4. Prognatus Ut Obscurum
5. Reborn in Fire
6. Beyond Daybreak
7. Death Machine
8. Rising
9. Searching Within
Rok Wydania: 2010
Wydawca: 7hard
Projekty zatrudniające wielu muzyków gościnnie, nie są obecnie już
niczym dziwnym. Na pierwszy ogień poszły rockopery i płyty zatrudniające
kilku wokalistów. Obecnie normą są zewsząd atakujące wieści, o
pojawieniu się znanego muzyka na albumie debiutantów. Chwalebne to
działania, młode wartościowe zespoły mają szansę zaprezentować się
większej publiczności.
Sama forma nie robi więc obecnie szczególnego wrażenia. Inna sprawa
jeśli chodzi o muzyka, czy muzyków, których lubimy, a jeszcze lepiej,
kiedy okaże się, że album jako całość jest wartościowy.
Taki krążek trafia na rynek nakładem 7hard, mianowicie EMPIRES OF EDEN.
Na krążku zatytułowanym Reborn if Fire pojawia się aż ośmiu wokalistów. W
tym Michael Vescera i Zak Stevens! Niewątpliwie puls miłośników
progresywnych dźwięków przyspieszy również na dźwięk głosu Carlosa Zema.
Wypada też wspomnieć, że na krążku swoje partie zaśpiewali Steve
Grimmett i Sean Peck.
Kompozycje zawarte na krążku dość spójnie oscylują w obranej estetyce
stylistycznej, a największe zróżnicowanie wprowadzają wokaliści. Raz
pojawiają się frazy bardziej melodyjne, czy złożone warstwami w postaci
chórków, innym razem zdania wykrzykiwane.
Oczywiście od początku sensowne wydawało się skupienie na utworach, w
których pojawiają się nasi ulubieńcy, ale o ile faktycznie podnoszą oni
jakość na pewien wyjątkowy poziom, o tyle same utwory na całym albumie
stanową stylistyczną całość, a przede wszystkim są bardzo energetyczne.
Powiem nawet, że nie tylko kawałki, którym dałem większy kredyt
zaufania, trafiają na listę moich faworytów.
W przypadku Empires of Eden mamy do czynienia z melodyjnym
heavy-powerem, zmiksowanym w pewien archaiczny sposób. Ja nie traktuję
tego jednak jako wadę, na pewno wpływ na brzmienie wokaliz miała
realizacja na odległość i chęć ujednolicenia jakości. Same instrumenty
jednak brzmią soczyście, niektóre partie wokalne natomiast sprawiają
wrażenie rejestrowanych gdzieś w latach 80-tych.
Oczywiście kusi mnie, aby wziąć na warsztat i rozebrać na czynniki
pierwsze i porozpływać się nad utworami w których usłyszałem Vescerę czy
Stevensa, byłby to nieco krzywdzące dla całej płyty. Niech wystarczy
wam informacja, że wokaliści wnieśli do utworów pierwiastek własnego
stylu, a swoją robotę wykonali wyśmienicie. Różnicę stanowi może to, że
przyzwyczajeni byliśmy do występów wokalistów w formach bardziej
złożonych czy nawet progresywnych. Tu zespół stawia na energetyczne i
melodyjne motywy. Mniej niż w podobnych projektach narzuca się wrażenie
dopasowania kawałków pod konkretnego wokalistę, ale i tu trzeba
przyznać, ze dobór jest naprawdę trafny. Płyta nie ma szans dłużyć się
słuchaczowi. Jest skondensowana i konkretna. Całość jest także sprytnie
zaplanowana, nie staje się tak, że największe zaskoczenia idą na
pierwszy ogień (Carlos Zema śpiewa w kawałku przedostatnim), do tego to
ostanie utwory stanowią pewne zróżnicowanie, zarówno jeśli chodzi o
zmienne tempo jak i smaczki.
Komu zatem polecić album Reborn in Fire? Zachęcam po sięgnięcie po niego
nie tylko fanów rodzimych kapel występujących tu wokalistów. Płyta
powinna się spodobać zarówno fascynatom melodyjnego metalu, ale i fanom
bardziej złożonych form, od typowego poweru, przez czysty heavy po
neoklasyczny hardrock (solówki).. Mamy do czynienia z bardzo solidnym
albumem, zawierającym kilka perełek! By was do niego przekonać zachęcam
choćby do przesłuchania próbek, czy utworów na Myspace…
8,5/10
Piotr Spyra



















































