DEMIANS – 2010 – Mute

Demians - 2010 - Mute

1. Swing Of The Airwaves (07:27)
2. Feel Alive (04:33)
3. Porcelain (05:33)
4. Black Over Gold (06:10)
5. Overhead (06:33)
6. Tidal (03:47)
7. Rainbow Ruse (05:31)
8. Hesitation Waltz (06:46)
9. Falling From The Sun (04:10)

Rok wydania: 2010
Wydawca: Inside Out
http://www.myspace.com/demiansmusic


Dwa lata po ukazaniu się świetnego debiutu, francuski projekt Demians oddał w nasze ręce kolejną dawkę dźwięków przepełnionych pokaźnym ładunkiem emocjonalnym. Wydany w 2008 roku „Building An Empire“ okazał się nie lada gratką dla sympatyków klimatycznych odmian prog – rock – metalu wywołując tym samym spore zamieszanie na rynku muzycznym. Pierwszym albumem Nicolas Chapel pokazał, że potrafi – jak mało kto – stworzyć niepowtarzalną atmosferę, wobec której nie można przejść obojętnie. Tamtym materiałem zespół postawił sobie poprzeczkę na bardzo wysokim poziomie. Wówczas zastanawiało mnie, czy kolejnym wydawnictwem uda się przebić to, co znalazło się na debiucie. Czy tzw. syndrom pierwszego albumu nie będzie towarzyszył Demians przez długie lata, co miało miejsce w przypadku Machine Head. Nadszedł czas, kiedy można częściowo odpowiedzieć na te pytania.


Zapoznanie się z zawartością „Mute” nie było łatwe i mimo tego, że albumu słuchałem wielokrotnie, wciąż wydaje mi się, że nie wszystko zostało odkryte. Na początku premierowy materiał niespecjalnie do mnie trafiał, a słuchanie całości okazało się sporym wyzwaniem, mimo iż „jedynka” jest jedną z moich ulubionych płyt. Można się pokusić
o stwierdzenie, że kompozycje w tym przypadku są mniej przystępne, trudniejsze w odbiorze. „Building An Empire“ w zasadzie od razu zdobywał serce słuchacza i poprzez swą magnetyczną moc – szybko uzależniał. Tym razem tego zabrakło.


Pierwsze dźwięki otwierającego „Swing Of The Airwaves” mogą być zwodnicze, bo bardziej przypominają dorobek Tool, ale gdy tylko pojawia się głos Nicolasa – nie ma wątpliwości, z kim mamy do czynienia. Jego ciepła barwa od razu buduje charakterystyczną magiczną aurę. Dwa pierwsze utwory pokazują „nowe” drapieżne i zarazem bardziej psychodeliczne oblicze Demians, które w przypadku „Building An Empire“ było jeszcze uśpione. „Mute” zdaje się być bardziej zróżnicowany, a pod względem stylistyki zakreśla coraz większe kręgi. Niestety ulotniła się trochę wyjątkowa atmosfera, która nie poraża już taką mocą jak wcześniej. W nowych kompozycjach jest mniej magii i czaru. Oczywiście
w dalszym ciągu zespół umiejętnie żongluje napięciem i buduje oryginalny, klimat, ale ten aspekt nie jest już tak wyrazisty. Wciąż jest sporo „mantrujących” akcentów, które wprowadzają kontemplacyjną i specyficzną atmosferę. W dalszym ciągu obserwuje się stopniowy rozwój kompozycji, które na początku są łagodne, a pod koniec eksplodują
w niepohamowany sposób mnogością emocji.


Metamorfozie uległo brzmienie. Wygładzone dźwięki zostały zdominowane przez szorstką produkcję czyniąc muzykę bardziej naturalną, co może się kojarzyć z twórczością Kings Of Leon. Jest sporo szybszych fragmentów, czego apogeum zostało osiągnięte w przypadku „Tidal”. Obok energetycznych momentów znalazło się też sporo miejsca dla motywów stonowanych i spokojnych, które w zależności od kompozycji odpowiednio gęstnieją lub pozostają w całości wyciszone. Przykładem takich rozwiązań jest zamykający „Falling From The Sun”, który obok „Black Over Gold” reprezentuje najspokojniejszą część płyty. Na „Mute” pojawił się również akcent o orientalnym charakterze. W „Overhead” Demians pokusił się o wplecienie właśnie takich rozwiązań, co świadczy o otwartości na nowe horyzonty.


Odnoszę również wrażenie, że nowy materiał jest mniej melodyjny, niż miało to miejsce przy okazji „Building An Empire“. Ciekawostką jest fakt, że z każdym kolejnym odsłuchem odnajduję coś ciekawego w miejscach, gdzie wcześniej tego nie słyszałem. To tak jakby pewne rzeczy były zakamuflowane, a ich zdemaskowanie było możliwe dopiero po wielokrotnym przesłuchaniu. Czyni to „Mute” bardziej atrakcyjnym.
Podsumowując, Demians nagrał udany i zarazem ciekawy materiał, ale nie jest on tak wciągający jak debiut. Wprowadzono nowe elementy, jeszcze bardziej zróżnicowano repertuar, ale czegoś zabrakło. Być może presja stworzenia czegoś lepszego wzięła górę? Tak czy inaczej zdaje się, że Nicolas Chapel zapomniał o tym, co wyróżniało jego muzykę na tle innych wykonawców. Mógł raz jeszcze dać upust swoim emocjom, które powinny dominować nad całością. Poza tym w przyszłości może warto byłoby się zastanowić nad poszerzeniem składu przy samych nagraniach..
Z pewnością „Mute” przypadnie do gustu tym, u których „Building An Empire“ wywoływał ciarki na plecach i chociaż nie jest on tak odkrywczy – warto się z nim zmierzyć. Z całą pewnością, to muzyka godna uwagi…

8/10

Marcin Magiera

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *