DEFACING GOD – 2026 – Darkness Is My Crown

1. Nocturnal Vestige
2. Malediction Manor
3. It Comes at Night
4. I See Shadows
5. Nefarious Enclave
6. Hymns of the Memoir
7. There Is No Light
8. Your Presence Lingers Here
9. Transition
10. The Last Revelation

Rok wydania: 2026
Wydawca: Apostasy Records
Bandcamp


W obecnych czasach ukazuje się mnóstwo nowości wydawniczych i naprawdę nie trudno w całym tym gąszczu premier przeoczyć coś ciekawego, zwłaszcza jeżeli dany zespół nie jest (jeszcze) zbyt popularny. Dlatego, tym razem chciałbym przybliżyć sylwetkę diabolicznej grupy DEFACING GOD, która nie jest jeszcze tak znana, ale coraz mocniej rozpycha się łokciami na metalowej scenie. Na pewno przysłuży się temu ich nowa płyta, która ujrzała światło dzienne w pierwszym kwartale bieżącego roku.

„Darkness Is My Crown” to drugi album studyjny tej duńskiej formacji, a ciekawostką może być fakt, że za mikrofonem stoi kobieta. W tym miejscu może ktoś stwierdzi – o nie, kolejny symfoniczny klon NIGHTWISH z wijącą się panną na wokalu, więc dziękuję… No cóż, osoby z takim przeświadczeniem po zakosztowaniu twórczości DEFACING GOD pewnie szybko zmienią swoje stanowisko. Powodów jest kilka, mianowicie wokalistka nie należy do grona pań o operowych zapędach i również czyste wokale nie są jej domeną. Zdecydowanie preferuje drapieżne wrzaski z piekła rodem. Jej agresywny, w pewnym sensie złowieszczy styl powoduje, że człowiek jakby miał do czynienia z opętaną wiedźmą. Nie wiem jak to do końca wytłumaczyć, ale jest w tym coś niepokojącego, podszytego diaboliczną aurą. Zresztą zespół nie ukrywa swojej przynależności pod względem propagowanych treści, bo te bezsprzecznie sprzyjają ciemnej stronie mocy. Kolejnym powodem jest sama muzyka, która co prawda posiada orkiestracje, ale nie jest to typowe granie spod znaku symfonicznego metalu w melodyjnym wydaniu, którego w obecnych czasach nie brakuje. DEFACING GOD prezentuje inną stronę metalowej ekspresji. Pod tym względem propagowane są bardziej drapieżne formy. „Darkness Is My Crown” to album dość brutalny, złowieszczy, momentami wręcz przywołujący prymitywne instynkty. Sprzyja temu mało sterylne brzmienie, które mimo wszystko jest czytelne i na pewno współgra z prezentowaną muzyką. Zespół dystansuje się też od wygłaskanych form, nośnych melodii. Nie jest to też granie w stylu ARCH ENEMY, chociaż i tam wokalistki (związane z zespołem) potrafiły soczyście zaryczeć.

W przypadku duńskiej formacji, mamy do czynienia z innym rodzajem wrażliwości. Chodzi o dość barbarzyńskie, zwierzęce podejście do black/death metalu i okultystyczną otoczkę. Tej na „Darkness Is My Crown” nie brakuje, co idealnie odzwierciedla chociażby mantrowy „Hymns of the Memoir”, który osobiście przywołuje mi na myśl specyfikę ROTTING CHRIST z czasów „Rituals”. Innym elementem łączącym oba zespoły jest charakterystyczna toporność rytmiczna, która przez lata stała się nieodłączną składową stylu Greków. Niemniej jednak duńska ekipa dodaje swój własny pierwiastek dzięki czemu nie ma mowy o perfidnym naśladownictwie. Zespół dodatkowo wzbogaca swój styl przemycając elementy znamienne dla sceny klimatycznej, takiej np. spod znaku MOONSPELL (z dawnych lat), co daje się wyczuć m.in. w trakcie „There Is No Light”. Nie jest to jakieś nachalne, ale w pewnych momentach można usłyszeć znajome naleciałości. Do tego dochodzą orkiestracje, których ekspozycja nie jest może pierwszoplanowa czy też wyraźnie zarysowana jak chociażby w przypadku FLESHGOD APOCALYPSE, ale ich obecność odgrywa istotną rolę i z pewnością wpływa na kreację niepokojącej atmosfery.

Nietaktem byłoby też nie wspomnieć o oprawie graficznej – ta stanowi rozwinięcie, uzupełnienie warstwy muzycznej oraz tekstowej. „Darkenss Is My Crown” wydano w formie digipaka. Piekielne stylizacje są tu wszechobecne i nie ma tu mowy o pudrowaniu przekazu, posługiwania się przenośniami. W tym przypadku dokładnie wiadomo jakie idee przyświecają wydawnictwu. Poza tym forma prezencji jak również sama zawartość treści nie wykazują deficytów, a całość prezentuje się klarownie, czytelnie. Dodam jedynie, że zdjęcie zespołu w środkowej części bookletu wyraźnie przywołuje specyfikę CRADLE OF FILTH z pamiętnego „Dusk Of Her Embrace”, z tą jednak różnicą, że w przypadku DEFACING GOD, stół nie jest aż tak suto zastawiony. W tym miejscu nadmienię też, że duńska formacja – mniej lub bardziej świadomie – również muzycznie zbliżyła się w rejony eksplorowane przez Dani’ego Filtha. Słychać to momentami przy okazji „Hymns of the Memoir”, o którym wspomniałem już wcześniej. Tym niemniej wszelkie konotacje, odniesienia nie pozbawiają zespołu własnego oblicza, a to ważna rzecz. Pomimo wyczuwalnych wzorców, wpływów, nie można odmówić grupie oryginalności. Poza tym pod względem prezentowanych idei muzycznych daje się wyczuć pomysłowość, energiczne podejście pozbawione wypalenia twórczego.

Jeżeli ktoś gustuje w bardziej drapieżnych odmianach metalu i to w iście diabolicznym wydaniu, ten z wysokim prawdopodobieństwem rozsmakuje się w propozycji DEFACING GOD. To płyta pozbawiona światła, optymistycznych akcentów, radości. Można powiedzieć, że pod względem przesłania jest to muzyczny manifest o okultystycznym wydźwięku. Fanów piekielnej atmosfery pewnie nie trzeba dalej zachęcać do rogatej zawartości „Darkenss Is My Crown”, a ja mogę jedynie dodać, że o tym zespole prawdopodobnie zrobi się głośniej (o ile przetrwa próbę czasu). Kuszący materiał, ot co!

8,666/10

Marcin Magiera

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *