1. Time for Bedlam
2. Hip Boots
3. All I’ve Got Is You
4. One Night In Vegas
5. Get Me Outta Here
6. The Surprising
7. Johnny’s Band
8. On Top Of The World
9. Birds Of Prey
10. Roadhouse Blues
Rok Wydania: 2017
Wydawca: earMusic
http://www.deeppurple.com
Deep Purple, legenda, która na zawsze pozostanie w moim sercu jako
wzorzec rockowego, melodyjnego grania, obowiązkowo zawierającego bardzo
dobre solówki, zarówno na gitarze, jak i na rzadko już używanych w
dwudziestym pierwszym wieku organach Hammonda. Niestety mniej więcej od
wydanego w 2005 roku albumu „Rapture of the deep” purpurowa gwiazda
zaczęła powoli blaknąć i spadać. Z płyty na płytę utwory stały się coraz
bardziej nijakie, nieco wydumane i bez ostrego pazura, do którego
zespół przyzwyczaił swoich słuchaczy. Na poprzednim albumie („Now
what?!”) znalazłem zaledwie jedną kompozycję wartą rockowej legendy.
Dodatkowo setlista kolejnych tras koncertowych stała się mocno
przewidywalna: bo czy ktoś jeszcze bywa „zaskoczony” Mazurkiem
Dąbrowskiego lub polonezem Chopina, wykonywanym przez Dona Aireya
podczas kolejnych polskich koncertów? Ktoś mógłby powiedzieć – oni już
nic nie muszą.
Nie powiem, czekałem z utęsknieniem na ich kolejny studyjny krążek. Nie
jest poza tym przecież żadną tajemnicą, że ich czas na scenie
nieuchronnie dobiega końca (nie najmłodszy już wiek muzyków, a co za tym
idzie problemy zdrowotne Morse’a i Paice’a). Ten stan postanowili
znacząco oddać tytułem płyty (chociaż „In…”, to jednak „…Finite”) oraz
mottem trasy, promującej album („The Long goodbye tour”).
Jeśli więc jest to rzeczywiście pożegnalna płyta, to czy zespołowi udało
się wskrzesić swojego dawnego ducha? Bez dwóch zdań warto się
przekonać. Już utwór, który otwiera album („Time for Bedlam”) jest
niezwykły. Rozpoczyna go mroczne klawiszowe tło i ciekawa, przetworzona
elektronicznie melorecytacja w wykonaniu Gillana. Później jest równie
ciekawie (riff przypomina nieco „Pictures of home”, ale zapewne o to
chodziło): szybko, riffowo, bez kombinowania… Trochę chaosu wprowadza
niestety dziwna solówka Dona Aireya w środku, ale to i tak jeden z
najlepszych numerów Purpli od zakończenia epoki Blackmore’a i Lorda. Na
szczęście ten krótki chaos nie psuje całkowicie tego świetnie zagranego
kawałka, który kończy się tak, jak się zaczął: recytacją Gillana (który
napisał świetny, dający do myślenia tekst).
Naprawdę dobry start, ale obawa, czy nie jest to aby jedyna dobra
kompozycja nadal pozostaje. Dlatego czas na „Hip boots”, który jest jak
dla mnie typowym, nieco wymęczonym rockandrollowym zapychaczem i gdyby
nie Gillan oraz drapieżne solo Morse’a, przepadłby w tej nijakości,
znanej z poprzednich płyt. Inną sprawą, o której pomyślałem przy tym
utworze jest produkcja. Trudno pojąć, dlaczego ktoś tak doświadczony,
jak Bob Ezrin już od poprzedniej płyty na siłę cofa brzmienie Deep
Purple do lat 70. XX wieku (chociaż produkcji z „Machine head” i tak nie
da się odtworzyć) i nie nadaje mu na przykład tej przestrzeni, którą
świetnie było słychać na rewelacyjnym „Purpendicular”. Uważam, że mimo
wszystko jest to ogólnie psucie całkiem fajnego grania.
Kolejny numer to „All I got is you”. Świetny początek w wykonaniu grupy:
właśnie takich Purpli chce się słuchać. Rozpoczyna Paice z Gloverem i
Aireyem, do których łkająco dołącza Morse i „opowiadający” Gillan, który
wokalnie na tej płycie naprawdę jest wyborny, a tutaj nawet krzyczy i
przeklina (!). Dość kosmiczna, niemal „space-rockowa” solówka na
klawiszach również wypada fajnie, a parę sekund dostaje tu także i
Morse. I tym sposobem doszedł nam kolejny purpurowy klasyk, w którym
wszystko gra tak, jak powinno.
„One night in Vegas” to z kolei riff w stylu „Ariel” z fajnym
bulgoczącym klawiszem i basem. W tym kawałku prym wiedzie Airey z
różnymi klawiszowymi wstawkami (ogólnie dość dużo go na albumie, ale na
szczęście nie jest nieznośnie irytujący, jak na poprzednich albumach).
Warto jednak zwrócić uwagę na to, co wyprawia Morse wraz z Paice’em – po
prostu rewelacyjnie napędzają ten numer. Esencja rockandrollowej zabawy
kompozycją. Mankament? Dziwne echo u Gillana. Na szczęście nie tak
nachalne, jak w utworze numer dwa.
Początek „Get me outta here” należy do Paice’a i przez moment sam
kawałek nieźle się rozwija, jest ciężki, motoryczny, ale dość dziwny –
trochę jednak trochę bez pomysłu Efektem tego jest nijaka, przewidywalna
solówka na klawiszach i podobnie przeciętna na gitarze. Czyżby drugi z
zapychaczy? Niestety troszkę tak brzmi.
Dlatego czas na zdecydowanie najlepszy i najciekawszy utwór na płycie.
„The surprising” rozpoczyna się od rewelacyjnych, niemal „filmowych”
klawiszy i jeszcze lepszej gry gitary. Tak pięknie grającego Morse’a
ostatni raz słyszałem chyba w króciutkim „Contact lost” na „Bananach”.
Tworzenie klimatu rozpoczyna się od Gillana, po którym pałeczkę
przejmują Airey i Morse – w pewnym momencie robi się nawet bardzo
progresywnie, a Paice momentami tu brzmi jak pewien Nicko. Środkowa
część to romantyczne wyciszenie z płaczącą gitarą (nastroje niemal
oldfieldowskie), znów wchodzi Gillan i wokalną klamrą spina to małe
arcydzieło. Takiej piosenki z pewnością Purple do tej pory jeszcze nigdy
nie nagrali. Utwór roku…?
„Johnny’s band” startuje od fajnej gry na klawiszach i gitary. Jednak w
tym kawałku to Roger Glover zasługuje na laury, zaś sama kompozycja jest
lekka, płynąca, niemal pop-rockowa, w stylu najlżejszych dokonań
Rainbow. Niestety nie wysila się w niej zbytnio Gillan, co jest jednak
in minus. Sam kawałek absolutnie nie należy jednak do kategorii
zapychaczy.
Kolejny na płycie, „On top of the world” to z kolei – przynajmniej przez
pierwsze dwie i poł minuty – Purple, którym najbliżej do
„Purpendicular”. Świetne klawisze i bas podbijający perkusję. Dobrze też
brzmi refren. Niestety w połowie kompozycyjnie utwór umiera – następuje
cięcie realizacyjną siekierą i Gillan postanawia opowiedzieć nam krótką
historyjkę, a jego głos jest znów przetworzony. No i nie wiadomo po co
potem znów wchodzi zespół, który i tak jest wyciszony po parunastu
sekundach. Skutkiem tego utwór brzmi jakby był niedokończony.
Ostatnią autorską kompozycją jest „Birds of prey”. Na początku Airey
trochę kopiuje pomysł Rush z piosenki „Tom Sawyer”, a wokal Gillana
brzmi jak zwielokrotniony i przetworzony, co nie jest tutaj najlepszym
pomysłem. Sytuację ratują tu Morse i Glover (riff jest jak najbardziej
purplowski, tak samo zresztą, jak i wspaniałe solo pod sam koniec
utworu). Kawałek jest jednak nieco wydumany i rozciągnięty. Niby
wszystko gra, ale momentami ma się wrażenie że gdzieś brakuje już tej
pary z początku albumu, co tylko potwierdza decyzja Boba Ezrina o
wyciszeniu utworu.
I na koniec… cover. Deep Purple gra The Doors. A dokładniej: „Roadhouse
blues” z płyty „Morrison Hotel” z 1970 roku. Z tego samego roku, w
którym Purple wydali płytę-pomnik, „In rock”. Jest harmonijka ustna, luz
i zachowawcza wersja szlachetnej kompozycji. Po co?
Być może po to, by powiedzieć, że historia Deep Purple właśnie się
zakończyła (znamienne, wyróżnione graficznie na okładce słowo „finite”)?
Bardzo prawdopodobne jest to, ze lodołamacz z okładki zmierzający na
południe, płynie właśnie do stoczni, na długi odpoczynek. Jeśli więc tak
jest, po tylu latach rockowego rejsu po mniej lub bardziej wzburzonych
wodach z pewnością mu się to należy.
7/10
Mariusz Fabin

















































