COURSE OF FATE – 2026 – Behind the Eclipse

1. Memories
2. Behind the Eclipse
3. Sky Is Falling
4. So It Goes
5. Acolyte
6. Hiding from the Light
7. Don’t Close Your Eyes
8. Neverwhere

Rok wydania: 2026
Wydawca: Reigning Phoenix Music
Bandcamp


Progresywny metal czasy swojej największej świetności ma już za sobą, ale mimo to wciąż ukazują się płyty, przy których warto zatrzymać się na dłużej, poświęcić trochę więcej czasu na ich poznanie. W moim odczuciu właśnie takim albumem jest najnowszy krążek COURSE OF FATE, który swoją premierę miał w styczniu bieżącego roku.

Na wstępie warto nadmienić, że „Behind the Eclipse” to już trzeci „długograj” w dorobku tej norweskiej formacji, więc słusznie można domniemywać, iż nie mamy do czynienia z dyletanctwem muzycznym. Zresztą już pierwsze dźwięki jedynie utwierdzają w takim, a nie innym przekonaniu. Słychać, że zespół jest w pełni świadomy tego co robi, prezentuje. Na pewno sprzyjają temu odpowiedni warsztat oraz wysokie umiejętności, dzięki czemu możliwym stało się kreowanie ambitniejszych struktur. Mimo ogólnie metalowego usposobienia, zespół nie stroni od delikatności, co podkreśla emocjonalny charakter wydawnictwa. Subtelność dźwiękowa, uczuciowe, nierzadko wręcz zmysłowe podejście do tematu, są tu na porządku dziennym i stanowią duży atut. Dzięki temu kompozycje posiadają pokaźny ładunek emocjonalny i wyczuwalną wrażliwość. To właśnie te elementy w przypadku COURSE OF FATE odgrywają istotną rolę, a poszczególne utwory – niezależnie od ciężaru oraz poziomu energetyki – są wyraźnie nacechowane nastrojowością i to o zróżnicowanym natężeniu. Można tego doświadczyć już chociażby w przypadku atmosferycznego intro (mocno w stylu DREAM THEATER) czy też w trakcie utworu tytułowego, będącego naturalnym rozwinięciem wstępu. Tutaj uwagę przykuwa m.in. niespieszna, finezyjna solówka gitarowa, która przywołuje na myśl specyfikę legendarnego PINK FLOYD – naprawdę piękna stylizacja. Jednak w tej materii najbardziej wyróżnia się najspokojniejszy na płycie „Don’t Close Your Eyes”, przepiękna, nastrojowa ballada z ciekawym przekazem tekstowym. Co prawda próżno tu szukać rockowego pazura, ale emocjonalny ładunek oraz zastosowanie wiolonczeli robią świetne wrażenie. Co dziwne, ta kompozycja na początku, dość mocno mnie irytowała. Jednak przy lepszym poznaniu, zyskała na wartości i na chwilę obecną stanowi jeden z najjaśniejszych momentów tegoż wydawnictwa, a tych jest dużo więcej.

„Behind the Eclipse” to jednak nie tylko klimatyczna nastrojowość – na płycie nie brakuje metalowej specyfiki, dźwiękowej energetyki. Ponadto panowie znają się na swoim rzemiośle i z powodzeniem stosują bardziej zawiłe struktury o wyraźnie metalowym zacięciu. W tej materii odznaczają się chociażby „Hiding from the Light”, o lekko djentowym zabarwieniu instrumentalnym, gdzie dodatkowo można usłyszeć drapieżne partie wokalne oraz wyraźnie dociążony, a przy tym selektywny „Sky Is Falling” z charakterystycznymi akcentami (na wstępie) i orientalnymi zdobnikami przed jednym z refrenów. Podobne ornamentacje wykorzystano przy okazji kompozycji „Neverwhere”, która stanowi idealne zwieńczenie całego wydawnictwa, czemu sprzyjają rozbudowana forma oraz charakterna stylizacja utworu. Uwagę zwraca również kompozycja „Acolyte” o niepokojącym wstępie, której specyfika charakterystycznego, dość mrocznego refrenu w znacznym stopniu budzi skojarzenia wobec nowszej twórczości EVERGREY.

Nie jest to album konceptualny, choć na podstawie warstwy lirycznej można odnieść właśnie takie wrażenie. Chodzi o dziwną, dość niematerialną korelację, współzależność między takimi pojęciami jak światło, ciemność, życie… ukazaną w jakby metafizyczny sposób. Ma to też swoje odzwierciedlenie w charakterystycznej szacie graficznej, zwłaszcza okładce (ta przywołuje mi na myśl dokonanie naszego rodzimego ACUTE MIND z 2011 roku). Pozostając przy kwestii wizualnej, „Behind the Eclpise” prezentuje się schludnie, profesjonalnie. Dołączona książeczka zawiera wszystkie niezbędne elementy, informacje i co istotne, ogóln przejrzystość, porządek, sprawiają że nie ma problemów z rozczytaniem. Podobnie mają się sprawy z samą produkcją – album brzmi dojrzale, selektywnie, a samo brzmienie pozostaje w symbiozie z prezentowanymi pomysłami. Żaden instrument nie jest marginalizowany, a to w zależności od natężenia dźwięków, nastrojowości ma duże znaczenie. Bezwzględnie czuć, że jest to praca zespołowa, gdzie każdy z elementów nie pozostaje bez znaczenia. Nawet kolejność utworów wydaje się być skrupulatnie przemyślana, o czym świadczą płynne przejście pomiędzy poszczególnymi kompozycjami. Całość, jest pozbawiona pośpiechu, wszystko płynie wedle własnych norm czasowych. Jest to jednak materiał wymagający, dość niełatwy w odbiorze, zwłaszcza na początku. Trzeba poświęcić mu więcej uwagi, skupienia. Jednak ten czas na pewno nie będzie zmarnowany. Coraz lepsze poznanie pozwoli odkryć coraz więcej szczegółów, smaczków, uwidoczni wcześniej skrywane atuty. Tych COURSE OF FATE ma do zaoferowania całkiem sporo, a to powinno stanowić dodatkową zachętę.

Na koniec dodam tylko, że kiedy po raz pierwszy – w sumie głównie dzięki znajomemu – natknąłem się na nazwę COURSE OF FATE, zespół został porównany do DREAM THEATER, QUEENSRYCHE, PAGAN’S MIND i faktycznie coś w tym jest. Dorzuciłbym jednak do tego grona jeszcze kilka zespołów m.in. THRESHOLD, CIRCUS MAXIMUS czy też EVERGREY, ale wyczuwalnych naleciałości jest więcej i nie czynię tutaj zarzutu. Jak wiadomo w obecnych czasach ciężko uniknąć jakichkolwiek porównań. Niemniej jednak twórcom „Behind the Eclipse” – mimo mniej lub bardziej świadomych inspiracji, odniesień – udało się znaleźć własny sposób wyrażania muzycznych emocji i robią to w sposób jak najbardziej przekonujący. Nie są przy tym wyzywający, nachalni, a stawiają na subtelność, atmosferyczną ekspresję. Myślę, że sympatycy twórczości ww. zespołów oraz ogólnie szeroko pojętego metalu progresywnego (i nie tylko), nie będą rozczarowani tym. co usłyszą. COURSE OF FATE znają się na rzeczy, a najlepszym tego dowodem jest właśnie „Behind the Eclipse”, płyta, którą szkoda byłoby zbagatelizować.

8/10

Marcin Magiera

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *