CHAINSWORD – 2025 – Chapter XII

Chainsword - 2025 - Chapter XII

1.Primarch
2.Butcherhorde
3.Contemptor
4.Gorechild
5.Forsworn
6.Good Mourning, Vietnam
7.Fox, Rats, Blood & Guts

Rok wydania: 2025
https://www.facebook.com/Chainswordband


Warszawska frakcja Pożeraczy Światów – Chainsword, kolejny raz ruszyła do boju ku chwale Khorne’a przy deathmetalowych dźwiękach, równie srogich, jak ich bóstwo chaosu. Oczywiście ta krucjata odbywa się w cywilizowany sposób, bo podbój świata przez zamęt i destrukcję, uskuteczniają za sprawą nowego mini albumu „Chaper XII”. Zawarto na nim pięć premierowych kompozycji oraz dwie, które nie weszły się na poprzednie wydawnictwo “Born Triumphant”.

Jak nie trudno zauważyć, inspirowaną wojną zawartość płyty osadzono w fantastycznym uniwersum Warhammera 40k. Stąd też pomysł na tematykę oraz wizerunek – od nazwy zespołu, przez teksty utworów, po oprawę graficzną z zacną okładką autorstwa Pawła Mioduchowskiego z Dopelord, udzielającego się również wokalnie w „Butcherhorde”.

Ze względu na powyższe, skojarzenia z Bolt Thrower nasuwają się same, co jest w tym przypadku oczywiste i prawidłowe. Podobieństwo słyszalne jest dość mocno, chociażby w „Foresworn” czy „Butcherhorde”, ale nie należy traktować tego jako powtórka z minionej rozrywki. Metal w wydaniu Chainsword, jest mroczniejszy w swej istocie, bardziej masywny, zwarty niczym monolit, a przede wszystkim brutalniejszy od dokonań brytyjskiej kapeli.

Chaos i zniszczenie – pomysł na twórczość to jedno, a wykonanie oraz finalny efekt to zupełnie inna sprawa, bo wspomnianego chaosu z nieokiełznaną anihilacją, w dosłownym znaczeniu najzwyczajniej tu nie ma. Wszystko jest tu dokładnie poukładane i spasowane, tworząc spójną stylistycznie, a przez to jakże przyjemną dla ucha muzykę. Materiał jest gęsty od zajadłych dźwięków, bez zbędnych szczelin, w których mogłyby zagnieździć się niedoskonałości. Co prawda, na tle całości swym stonerowo melodyjnym charakterem wyróżnia się bonusowy „Fox, Rats, Blood & Guts”, wchodzący omalże w doomowe klimaty, niemniej jednak idealnie wieńczy dzieło. Jest najwolniejszy ze wszystkich kompozycji, bardziej zorientowany na melodię, a przy tym wyzbyty z niszczycielskiej motoryki, jaką posiada np. jego poprzednik „Good Mourning, Vietnam”, prący do przodu niczym UH-1 w akcji.

„Chapter XII”, to rasowy, gęsty death metal o potężnym, soczystym brzmieniu, oparty na mocarnych riffach, i dynamice rozgrzanego Gatlinga. Album, po którym nie ma co się spodziewać stylistycznej rewolucji, bo zespół nie wychyla się w kierunku łamania jakichkolwiek barier czy definiowania gatunku na nowo. Podany w klasycznej formie, dalekiej od ekstremalnej i często w umiarkowanych tempach, brzmi jak sprawne i dobrze rozpędzone wojenne machinarium. Również wspomagający resztę zespołu głęboki, ponury growl Herr Brummbära zasługuje na uznanie. Przypomina pomruk HL-120, napędzającego jego stalowego odpowiednika, czyli w zaistniałej sytuacji wprost idealnie.

Przystępny, lecz w żaden sposób nie łagodny death metal, w którym idealnie zmiksowano składniki, wspólnie tworzące doskonałą całość. Jest moc, energia, agresja, solidne riffy oraz ciężka, ale nieprzytłaczająca atmosfera. Do tego odpowiednia doza specyficznych melodii, nadających apokaliptycznemu klimatowi stosownej głębi i pewnej ogłady, czyniącej muzykę po prostu przyjemną w odbiorze. Ma w sobie także spore pokłady kołyszącego groove’u i odpowiednio dobranej melodyki, czasem ożywczej, czasem wręcz powolnej i dojmującej jak w rasowym doomie. Co prawda już od samego początku ta dźwiękowa nawała daje się uszom we znaki, aczkolwiek w żaden sposób nie męczy swą intensywnością, ani nie odstręcza trudnym charakterem.

To dobry, solidny death metal bez nadęcia. Można rzec, że to materiał nieprzesadzony w żadnym aspekcie, dobrze przemyślany i zrealizowany oraz jak już wspomniałem, poukładany jak trzeba. Zamiast ślepej furii i bezsensownego szaleństwa, jawi się niczym realizowana z żelazną konsekwencją strategia, przynosząca zasłużone zwycięstwo. Mimo całego ciężaru „Chapter XII”, siedem utworów, trwających ledwie ponad pół godziny, to zdecydowanie za mało, chociaż obecnie takie „parametry” płyty pozwalają uznać ją jako pełny album. W przyjemnym towarzystwie czas szybko mija, a w przypadku Chainsword, „Chapter XII” niestety zbyt szybko się kończy.

10/10
Robert Cisło

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *