CARPATIA CASTLE – 2021 – Alchymistův grál

CARPATIA CASTLE - Alchymistův grál

1.Bathory
2.Cirkula Gotika
3.Blaník
4.Jsme To My
5.Dračí Syn
6.Kresčak
7.Marion
8.Dĕšť
9.Alchymistův grál
10.Hejsek
11.Sestra

Rok Wydania: 2021
Wydawca: Carpatia Castle
www.facebook.com/carpatiacastle.cz
www.carpatiacastle.cz


O tym, że czeska rockowa scena trzyma się bardzo mocno udowadniałem na łamach Rockarea już nieraz. Jihlawskie XIII. Stoleti zna chyba każdy, kto choć trochę lubi rock gotycki. Ich nieśmiertelna „Elizabeth” już niejeden raz sprawiała, że zabrzański klub Wiatrak trząsł się w posadach. Następnie mamy Bratrstvo Luny z Kralup, czyli grupę, która mocno inspiruje się Trzynastką, a Petra Štěpána można uznać za jej duchowego mentora. A czy jest jakiś zespół, który mógłby do nich dołączyć i wnieść trochę innego (mam na myśli – kobiecego) gotyku? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy najlepiej przez Jihlavę, Pragę i Kralupy przejechać bardziej na południowy zachód, gdzie znajdują się miejscowości Louny i Most. Tam bowiem stacjonuje grupa Carpatia Castle. Powstała ona w okolicach roku 2012 i w zespół przekształciła się z jednoosobowego projektu basisty, Tomáša Pošvanca, który – w miarę, jak do składu dołączali kolejni muzycy, zrezygnował z niego. Zamiast niego bas dzierży dziś Ondřej Žádný, a sekcję rytmiczną uzupełnia Zdenĕk Svoboda. Na gitarach grają Josef Wohlfahrt oraz Milan Dubnička, za mikrofonem zaś stoi Veronika Seidlová, przepiękna dama z fantastycznym, wręcz operowym altem, na scenie zawsze ubrana w wytworne suknie z epoki. Towarzyszą jej jeszcze trzy damy: grająca na wiolonczeli Nicole Weishäuplová, a także dwie postaci nazwane pieszczotliwie „Świeczuszkami”, uzupełniające koncerty w formie tańca, performansu i dbające o odpowiedni klimat. Grupa do tej pory wydała trzy albumy, z których najnowszy ujrzał światło dzienne z końcem roku 2021. Jakiego grania można się po Carpatia Castle spodziewać? Przede wszystkim dobrego, rockowego grania z własnym stylem (nie są w żadnym wypadku czeską podróbką Theriona czy Nightwish) osadzonego gdzieś w okolicach rocka gotyckiego, symfonicznego czy czasem wręcz folkowego, o czym się zaraz przekonamy.

Zaczynamy od bardzo wysokiego C, bowiem grupa prezentuje sylwetkę „Krwawej Damy”. Mowa tu oczywiście o Elżbiecie z rodu Bathory. Nie wiem jak to się dzieje, ale jest to kolejny świetny utwór inspirowany tą postacią historyczną („Cruelty and the beast” Cradle of Filth, „Elizabeth” XIII. Stoleti, by wspomnieć także o zespole z Nowego Jičina – Alžběta, którego „Čachtická Pani” jest jednym z jego najlepszych utworów). Ale wróćmy do Karpackiego Zamku, bo będzie się działo bardzo dużo. „Bathory” to z początku dźwięki mszalnego chorału, żałobna wiolonczela, flety i wreszcie ona. Początek, pełen groźby, śpiewany po łacinie. Wszystko to odbywa się w iście bojowym nastroju, w tle przygrywają werbelki i szepczące łacińskie wersety. Jednak za chwilę to wszystko ginie za sprawą ciężkiego, świetnego riffu. Ależ się świetnie dzieje w tle podczas zwrotki, doskonała praca sekcji rytmicznej i wymieniający się gitarzyści swymi nutami (plus wiolonczela!). A wszystko to w takt wersów „twa krew moje ciało uleczy, twój płacz nawet diabła nie poruszy, twój strach mnie nie skruszy, to ja jestem Bathory”. Jest wyśmienicie i doskonałym pomysłem jest lekka zmiana klimatu i wprowadzenie muzyki dworskiej. Króciutki powrót do refrenu i można przejść do numeru dwa.

To „Cirkula Gotika”. Tutaj Veronikę wokalnie wspomaga Josef, lecz zanim zabrzmią wokale, mamy znów świetne ciężkie gitarowe granie. Warto wsłuchać się w bardzo dobry bas, który przygrywa fragmentowi śpiewanemu przez Josefa. Refren zaś to już słowa, które same kładą się do śpiewania: „Cirkula gotika swe bramy otwiera, krucza opera nad głową zaśpiewa…”. Ależ fajnie wokalistka tam współpracuje z gitarzystą, który co i rusz zmienia swą barwę głosu i serdecznie zaprasza do cyrku… Równie doskonale dzieje się na gryfach gitar, bo muzycy pokazują swe techniczne umiejętności. Słucha się tego wybornie i już nastawiam uszy na trzecią kompozycję, która nosi nazwę ważnej dla Czechów góry.

„Blaník” próbuje obudzić świętego Wacława i jego rycerzy najpierw za sprawą gry wiolonczeli oraz gitary basowej i riffu, który pojawił się w pierwszej kompozycji. I znów werble, ale jakże inaczej brzmiące. I znów zmiana klimatu, bo za sprawą flecików robi się bardziej średniowiecznie. Trzeba przyznać, że muzycy doskonale poruszają się pomiędzy rockiem a dworską muzyką dawną. Wszystko jest idealnie wyważone. W refrenie zaś rezygnują z tej dworskości na rzecz melodyjnych wersów. Gdzieś w połowie utworu numer traci trochę swój impet, lecz na szczęście do głosu dochodzi gitarowa solówka i szybko się zapomina o tym nieco słabszym fragmencie.

Czas na numer cztery, „Jsme to my”. Zaczynamy od pianinka, by uderzyć znów dobrą grą gitar. Tempo tutaj jest nieco wolniejsze, co nie znaczy, że gitary grają wolniej. Jest to dobry utwór, jednak wydaje mi się troszkę słabszy od poprzednich. Jest tutaj co prawda całkiem ciekawa solówka, jednak jakoś nie do końca ten numer do mnie trafia.

Na szczęście następny szybko wyrówna poziom, bowiem jest inspirowany jeszcze jedną historyczną postacią, Vladem Țepeșem, którego za sprawą Brama Stokera wszyscy nazywają Draculą. „Dračí syn” to kompozycja, która jest próbą przypomnienia czym tak naprawdę Vlad zasłynął, zanim przeistoczył się w krwiożerczego wampira. Do głosu dochodzi znów Josef, który tym razem śpiewa tak, jakby przed nagraniem trochę biegał i jest zdyszany, co powoduje, że jego oddech jest bardzo płytki. Fajnie wypada tutaj refren, który znów jest idealny do wspólnego śpiewania. Warto zwrócić tutaj uwagę na fajne gitary i klawisze w tle. Ciekawym pomysłem jest także dublowanie się wokali tworzonych przez Veronikę w różnych rejestrach. Na dokładkę mamy także rozmowy muzyków z użyciem skrzypiec i gitar. Coś czuję, że ten numer świetnie się sprawdzi w wersji na żywo…

Pierwszą połowę albumu zamyka jeszcze jedno spojrzenie na historię. „Kresčak” to przypomnienie daty 26 sierpnia 1346 i bitwy pod Crécy, która była częścią Wojny stuletniej. Nie sposób zatem znów zagrać nieco folkowo – jest bowiem trochę irlandzko, to znów dworsko, z pewnością mediewalnie, jednak po pewnym czasie znów uderzają gitary. A wszystko to w rytm idealnie nadającego się do śpiewu refrenu „hej hop miecze krwią ubarwimy, ze śmiercią z kości zagramy…”. Znów jest to kompozycja, w której się bardzo wiele dzieje, nie poskąpiono nawet melorecytacji, podbijającej interpretację tekstu.

Stronę B otwiera nie kto inny jak „Marion”. Kolejna fajna kompozycja, znów z melodyjnym refrenem, bardzo w stylu XIII. Stoleti. Szkoda, że fragment grany na klawiszach nie podarowano prawdziwej lirze korbowej… Ale i bez tego jest ciekawie, rockowo, bo nie brakuje znów gitarowych popisów, które ubarwiają ten skoczny numer i nie pozwalają mu być przeciętnym.

„Dĕšť” to przepiękna gra na gitarze i klawiszach, jednak to Veronika gra w tym kawałku pierwsze skrzypce. Ależ jest tu przeszywająco! Nie do końca wiadomo, nad czym się tutaj zatrzymać: czy na przeszywającym śpiewie, czy też na ozdobnikach w tle, które przyprawiają o jeszcze większe ciarki. Jeśli ktoś w Polsce miałby nagrać cover tej piosenki, to musiałby być to tylko Moonlight, bo to właśnie Maja Konarska idealnie poradziłaby sobie z udźwignięciem tego numeru. W wersji oryginalnej fajnie by ten numer natomiast wypadł w duecie z Evą Burešovą.

Powoli nadchodzi czas aby żegnać się z Karpackim Zamkiem, choć do końca pozostały jeszcze trzy kompozycje. Pierwszą z nich jest utwór tytułowy, „Alchymistův grál”. Otwiera go cudowna gra klawiszy oraz skrzypiec. Po pewnym czasie usłyszeć można gitary, które brzmią jakby to Dymytry grał cover Trzynastki, „Testament”. Jest mrocznie, czarno wręcz przez ten fragment. Później jest jeszcze lepiej, bowiem jest gitarowo i z perfekcyjnym śpiewem wokalistki. Fajnie brzmią tutaj wszelkiego rodzaju ozdobniki – gongi, klawisze, chórki, zarówno klawiszowe, jak i te wokalne. Aż ciarki się pojawiają w niektórych momentach, a głowa sama kołysze się w rytm basu i perkusji.

Przedostatni utwór to „Hejsek”, który brzmi jakby uciekł z jakiejś tawerny. Może kojarzyć się z rockową, wzmocnioną gitarami wersją innej czeskiej kapeli, Braagas. Tutaj mamy wręcz idealne klimaty do pogowania, skakania (i czego tam jeszcze rockowa dusza zapragnie) z kuflem piwa w dłoni.

„Sestra” stanowi doskonałe zwieńczenie tego bardzo dobrego albumu. Czy to do głosu dochodzi Śmierć? A może wreszcie Hrabina Bathory postanowiła przemówić w sposób jeszcze bardziej groźniejszy niż poprzednio? Jest niemal teatralnie, z delikatnie grającym pianinem i skrzypcami. Polecam też obejrzeć wymowny klip, który doskonale dopełnia całość – to gotyk w czystej postaci, jest przeszywająco, mrocznie, z niesamowicie emocjonującym wokalem. I koniec… Pozostaje tylko przyspieszony oddech, który kończy, ale i zaczyna tę muzyczną przygodę.

Wielka szkoda, że ten album dotarł do mnie już w roku 2022, bowiem w podsumowaniu poprzedniego rocku bardzo dużo by namieszał. Jest to bowiem doskonała porcja gotyckiego rocka, z chwytliwymi melodiami, świetnymi partiami gitarowymi, a co najważniejsze: niesamowicie brzmiącym wokalem. Zdecydowanie polecam ten album.

8,5/10

Mariusz Fabin

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *