Hold On Stay Strong (4:32)
I Ain’t Got No Money (2:44)
I’m The One To Blame (4:57)
It Is Causing Me Pain (7:23)
I Need Love (3:23)
I Hate That You Are On My Mind All The Time (3:57)
Silver & Gold (4:02)
Get Wild On (3:15)
I’ve Got A Dream (3:58)
Europa Express (4:27)
Rok wydania: 2025
Wydawca: Mobydick Records / Flower Records
Zawiązywanie tak zwanych „super-grup” tradycję ma ogromną. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że uprawianie owego procederu jest równie długie jak sama historia rock and rolla. Skutki takich kolaboracji nie zawsze zasługiwały na pomnik. Owszem – bywały projekty ocierające się o geniusz, że przywołam tutaj najbardziej oczywisty przykład, czyli Travelling Wilburys z udziałem George’a Harrisona, Boba Dylana, Roya Orbisona, Toma Petty’ego i Jeffa Lynnne’a. W niechlubnej większości przypadków „super-grupy” okazywały się jednak walką formy i treści ze skutkiem w postaci przerostu pierwszego nad drugim. Ktoś jeszcze pamięta o The Firm, czyli wspólnym tworze Jimmy’ego Page’a i Paula Rodgersa? No właśnie. Gdy kilku znanych artystów o wybujałym ego spotka się w tym samym czasie pod jednym dachem – trudno poskromić swoje ambicje na rzecz wspólnego dobra. Często jest tak, że każdy próbuje ciągnąć temat w swoją stronę – ostatecznie zmierzając donikąd.
Ów przydługi wstęp ma na celu zmierzenie się z materią dostępną na debiutanckim albumie projektu Blues Against The Machine. Tutaj ewidentnie mamy do czynienia z „super-grupą”. I to aż w kilku aspektach jednocześnie. Otóż mowa jest nie tylko o współpracy kilku artystów działających zwyczajowo we własnych zespołach. Tym razem projekt nabiera też wymiaru trans-terytorialnego. Na jednej płycie spotykają się bowiem muzycy z kilku – niekoniecznie ze sobą sąsiadujących – europejskich obszarów geograficznych. Wspólnym mianownikiem jest przywiązanie do gatunku, któremu na imię blues. Parafrazując znane z manifestu Marksa i Engelsa hasło mogliby zatem reklamować swój wspólny album sloganem: „bluesmani wszystkich krajów łączcie się”.
Blues Against The Machine to w istocie aż sześciu wykonawców. Na płycie pojawiają się bowiem portugalski wokalista i gitarzysta Budda Guedes, norweski gitarzysta i wokalista Eric Slim Zahl, hiszpański harmonijkarz Danny Del Toro, włoski perkusista Nik Taccori, portugalski basista Vasco Moura oraz polski akcent całej imprezy, czyli Bartek Szopiński na klawiszach. Przy czym tylko połowa towarzystwa wykazała się tutaj kompozytorsko. Najwięcej materiału dostarczył Budda Guedes, który podpisany jest aż pod siedmioma z dziesięciu zamieszczonych na płycie utworów. Guedes wziął również na swoje barki obowiązki producenta oraz pilnował procesu nagrywania i miksowania. Dodajmy jeszcze, że piosenki zarejestrowano w studiu Mobydick Records w Portugalii. Bez pomocy Sherlocka można zatem wydedukować, że to pan Budda jest tutaj szefem całego interesu.
Jak przystało na luzacki projekt kilku zaprzyjaźnionych bluesmanów – trzeba podejść do zawartości z lekkim przymrużeniem oka. Dowodzi tego już sama nazwa grupy, zapewnie celowo parodiująca szyld amerykańskiej legendy rap-core’a lat 90-tych. Nie do końca poważne są też niektóre akcenty muzyczne. Niektóre noszą wprost znamiona pastiszu. Weźmy chociażby „I Ain’t Got No Money” w klimacie filmu „Blues Brothers”. Podobnie „I Need Love”. Trudno zachować powagę słuchając „I’ve Got A Dream” – Elvis Presley wiecznie żywy. Zamykający płytę „Europa Express” to w gruncie rzeczy jedno przydługie solo harmonijki plus żartobliwe odgłosy w tle. Na koniec dostajemy zresztą wygłupy w postaci wielojęzycznych podziękowań za wysłuchanie płyty.
Nie twierdzę, że cały materiał muzyczny sprowadza się do żartów i skeczy. Są tu momenty o nieco większym potencjale artystycznym. Do takich zaliczyłbym otwierający całość zgrabny numer „Hold On Stay Strong” czy zwłaszcza balladowy „It Is Causing Me Pain” z naprawdę poruszającą partią gitary solowej w drugiej części kompozycji. Bez dwóch zdań jawi się jako zdecydowanie najlepszy kawałek w całym zestawie. Udany jest też „Get Wild On”. To jednak nieliczne przebłyski. Trzy jaskółki wiosny nie czynią. Odnoszę wrażenie, że sesji nagraniowej towarzyszyła niezła balanga. Jej uczestnicy na pewno bawili się lepiej niż słuchacze, którzy ponoszą teraz konsekwencje w postaci obcowania z efektami nagrań. Nowa „super-grupa” na tle wielu podobnych projektów wypada raczej przeciętnie. Powodów do wstydu nie ma, ale do kanonu światowego dziedzictwa kulturowego też nie trafi.
6/10
Michał Kass
















































