1. Vanishing Point (Pt. 1, 2 & 3)
2. Gentō
3. Kinetoscope (Pt. 1 & 2)
4. Bioscope (Pt. 1, 2 & 3)
5. Kaleidoscope
Rok wydania: 2025
Wydawca: Ear
Zapowiedzi wydawały się obiecujące. Efekt kolaboracji dwóch nietuzinkowych artystów mógł przecież zaowocować dziełem wybitnym. Czasem jednak zdarza się, że oczekiwania są napompowane jak balon. Znacznie większe od spodziewanego efektu końcowego. Tak niestety stało się w przypadku omawianej płyty.
Bioscope to wspólny projekt gitarzysty Steve’a Rothery’ego (Marillion) i klawiszowca Thorstena Quaeschninga (obecnie Tangerine Dream). Pomimo tajemniczego szyldu panowie nie dbają jednak zbytnio o anonimowość. Oba nazwiska i nazwy macierzystych zespołów uwidocznione są na froncie okładki (na stosownej nalepce dołączonej do opakowania). Swoje pierwsze – i mam nadzieję, że jedyne – dzieło ochrzcili tytułem „Gento”.
Można określić tę sytuację jako spotkanie dwójki muzyków z nieco jednak przeciwstawnych biegunów gatunkowych. W takich przypadkach finał może być dwojaki. Pierwszy scenariusz przewiduje narodziny zupełnie nowej jakości. Drugim wyjściem jest dominacja jednej ze stron kosztem podporządkowania się drugiej. Obcując z materią dźwiękową „Gento” nie mam wątpliwości, że tutaj karty rozdawał jednak Thorsten Quaeschning. Sympatyczny Steve przyjechał na gotowe, dograł swoje i wrócił do domu.
Teoretycznie całość składa się z zaledwie pięciu kompozycji. Ale aż dwie suity rozczłonkowano na trzy części, inną otrzymujemy w dwóch podrozdziałach. Razem daje to dziesięć motywów. Dostajemy więc niemal godzinny zestaw elektronicznego plumkania, okraszony czasem intrygującymi wstawkami gitary. Już po wysłuchaniu otwierającego płytę utworu „Vanishing Point” wiadomo dokładnie, czego spodziewać się w dalszej części albumu. „Gentō”, „Kinetoscope” i „Bioscope” to luźne wariacje na temat tego, co zaproponowano nam na wstępie.
Właściwie brzmi to jak kolejna płyta Tangerine Dream. A raczej aktualnego wcielenia tej formacji – mocno naciąganego składu, pozbawionego talentu nieodżałowanego Edgara Froese. Czyli monotonnie. Bez emocji. Po prostu od czasu do czasu jako urozmaicenie odzywa się gitara. I w zasadzie tylko te gitarowe wtręty ratują ów nudny album od całkowitej katastrofy. Jedynym „novum” odróżniającym projekt Bioscope od poczynań współczesnego składu Tangerine Dream jest zaproszenie do udziału w sesji perkusisty. W tej roli pojawia się Alex Reeves znany z Elbow. Przy czym jego partie niewiele wnoszą do obrazu całości. Ot, taki miły dodatek. Tutaj dominują instrumenty klawiszowe. Są wszędzie. Gospodarz sesji nie pozwala nam o nich zapomnieć.
Owszem, jest jeden „rodzynek w cieście”. Album kończy się kompozycją „Kaleidoscope” opartą na intrygującym riffie gitarowym i całkiem zgrabnym rytmie bębnów. Najprawdopodobniej był to jedyny moment podczas sesji, gdy Thorsten pozwolił przejąć pałeczkę swojemu bardziej znanemu koledze. Niestety, więcej takich perełek nie uświadczymy.
Steve Rothery oprócz ikonicznych dokonań w grupie Marillion ma też na koncie kilka bardzo udanych albumów solowych. Efektu współpracy z Thorstenem Quaeschningiem do tej kategorii zaliczyć niestety nie mogę. Projekt Bioscope okazał się przysłowiową wydmuszką – z zewnątrz atrakcyjny, ale w środku pusty. Płyta idealnie nadaje się jedynie do poobiedniej drzemki. Raczej nie wróżę temu duetowi długowieczności artystycznej. Pod koniec roku planowana jest wspólna trasa koncertowa. I pewnie na tym się skończy. Lepiej niech każdy z panów skupi się na pisaniu dla macierzystej formacji. „Gento” to wiele hałasu o nic.
5/10
Michał Kass
P.S. Scenariusz finału tej współpracy napisało samo życie. Powyższy tekst powstał we wrześniu. W październiku okazało się, że planowana wspólna trasa koncertowa duetu Bioscope została odwołana ze względu na „nieprzewidziane trudności logistyczne”. Ów slogan brzmi tajemniczo i wzniośle, ale znawcy tematu na pewno domyślają się, że oznacza to słabą sprzedaż biletów. Czyżby fani obu artystów mieli podobne do moich odczucia po wysłuchaniu płyty?


















































