1. Solve
2. Wolves ov Siberia
3. God = Dog
4. Ecclesia Diabolica Catholica
5. Bartzabel
6. If Crucifixion Was Not Enough…
7. Angelvs XIII
8. Sabbath Mater
9. Havohej Pantocrator
10. Rom 5:8
11. We Are the Next 1000 Years
12. Coagvla
Rok wydania: 2018
Wydawca: Nuclear Blast
https://behemoth.pl/
Zazwyczaj w przypadku uznanych zespołów ich najnowsze dokonania
porównuje się do klasycznych. Zaraz, jakich? To pojęcie jest
wielowymiarowe. Bo w końcu jakież to czynniki sprawiają, że jakiś album
można określić mianem „klasycznego”? Czy decydują o tym wyniki
sprzedaży? Czy ilość radiowych singli? Czy może oceny renomowanych
mediów muzycznych? Cóż, każde spośród tych kryteriów niewątpliwie ma
znaczenie, jednak album jest klasyczny wtedy kiedy jest po prostu dobry.
Sam Nergal powiedział kiedyś o Zakku Wyldzie: „można go nie lubić, ale
nie można nie zauważać jakości tam gdzie ona po prostu jest”. Czas
pokaże, lecz mi się wydaje, że w przypadku jego własnego zespołu to
właśnie obecnie trwający okres różnego rodzaju dziennikarze i krytycy
muzyczni będą po latach mianować klasycznym. Czy tym samym myśleniem
będą odznaczać się kolejne pokolenia wygłodniałych deathmetalowej
łupanki fanów grupy? Jeżeli umieją oni odróżnić ewolucję dojrzałości
muzycznej członków Behemotha od pospolitego „sprzedania się” to z
pewnością tak.
Opinii na temat najnowszego albumu „Bestii z Pomorza” jeszcze przed jego
premierą obrodziło całe mnóstwo, od wychwalających ten krążek pod
niebiosa (czy raczej enklawy piekielne), przez ostrożne, po całkowicie
krytyczne. Cóż, o gustach się nie dyskutuje jednak niepoparte żadnymi
twardymi argumentami, wręcz śmieszne opinie internetowych hejterów z
katolickich środowisk z pewnością nie powinny być wyznacznikiem dla
myślącego fana metalu, który zastanawia się czy warto nabyć tę płytę.
Nergal, jak to Nergal. Prowokuje, daje kolejne powody aby wieszać na nim
psy, ale przede wszystkim wciąż tworzy coraz to lepszą muzykę, a jego
albumy przybierają coraz to bardziej konceptualne formy. Słuchając „I
Loved You At Your Darkest” słychać bardzo wyraźne pokłosie doświadczeń
artysty w projekcie Me And That Man. Na początku albumu słyszymy
dziecięce głosy o lekko naiwnej wymowie – symbol niewinności. Wsłuchajmy
się jednak co te głosy wykrzykują: „I shall not forgive/Jesus Christ/I
forgive thee not”. Nie sposób chyba o bardziej czytelne przypomnienie z
jakim zespołem mamy do czynienia. Podobnie jak na „The Satanist” tu i
ówdzie pojawiają się instrumenty dęte, jest wiele spokojniejszych,
czasem wręcz rockowych fragmentów. W tej kwestii bryluje logicznie
wybrany na pierwszy singiel „God=Dog”, którego łagodny wstęp da się
nawet zanucić. Również w mostku zamiast blastów i połamanych synkop
Inferno wygrywa klasycznie rockowe rytmy na 4/4, a gitary grają kolejne
(to określenie tak bardzo nie pasuje do tego zespołu, ale nie sposób go
tu nie użyć) ładne melodie. Przeplatają się one z patosem, który
przepełniał poprzedni album grupy. W drugiej części „Ecclesia Diabolica
Catholica” pojawia się nawet gitara akustyczna, stanowiąca całkiem udaną
repryzę dla czadowej części pierwszej. Początek utworu „Bartzabel”
wprowadza lekko doomowy klimat kojarzący się z dokonaniami takich
zespołów jak Candlemass czy Electric Wizard. Jednak potem, za sprawą
growli lidera grupy, utwór przechodzi w klimat blackened doomowy, taki
bardziej w duchu Woods Of Ypres. Ten kierunek kontynuuje „If Crucifixion
Was Not Enough…”, tu jednak mamy galopujący rytm, bliższy wzorcom
hardrockowym. „Sabbath Mater” przypomina o najwcześniejszych,
thrashowych inspiracjach Nergala. Rytm i riffowanie typowe dla
najlepszych dokonań Slayer napędza jego pierwszą część. Później wracają
blasty i bezlitosna młócka nabiera jeszcze dosadniejszego charakteru.
Moim faworytem na tej płycie jest „Havohej Pantocrator”. Rozpoczyna się
on wybrzmiewającymi akordami gitary, z nałożonym tylko lekkim,
stonowanym przesterem. Ciekawie by było usłyszeć Behemoth wykonujący
utwór w całości obsadzony w takich klimatach. Myślę, że byłoby to na
pewno ciekawe, zwłaszcza, że we wspomnianym projekcie Me And That Man
Nergal udowodnił, że umie też zaśpiewać normalnym głosem. Spragnionych
typowego dla niektórych wcześniejszych albumów grupy ekstremalnego czadu
powinny zadowolić wściekłe, najbliższe wczesnemu Behemothowi „Angelvs
XIII”, kojarzące się z okresem obejmującym albumy „Demigod”, „The
Apostasy” i „Evangelion” upstrzone nagłymi zmianami tempa „We Are The
Next 1000 Years” oraz hałaśliwe „Rom 5:8”. Jak to mówią, dla każdego coś
dobrego.
Czy po takim wielobarwnym, złożonym zarówno w warstwie muzycznej jak i
konceptualnej albumie Nergal z kolegami będą jeszcze w stanie przebić
sami siebie? A może dalej mogą już tylko przekombinować? Na te pytania
pewnie jeszcze kiedyś otrzymamy odpowiedzi. Ja na razie z
niecierpliwością czekam, aż usłyszę materiał z „I Loved You At Your
Darkest” w koncertowej odsłonie. Niestety na tą przyjemność trzeba
będzie mi poczekać dopiero do jesieni następnego roku, kiedy to
planowana jest polska odnoga trasy promującej album. Grudniowy występ
grupy na Merry Christless mnie niestety ominie. Zatem na razie mogę
obcować z tą niesamowitą płytą w domowym zaciszu, co i Wam serdecznie
polecam.
9/10
Patryk Pawelec




















































