1. Where the Wild Waters Flow
2. Holy Diver
3. Hallelujah
4. Northern Lights
5. Noblesse Oblige (Opus #5 Adagio Contabile)
6. Love Gun
7. Glory Night
8. In the Air Tonight
9. Touching My Soul
10. Like a Child Again
11. No Chance to Live
12. Haunted Castle Serenade (Opus #4 Grazioso e Agresso)
13. Curse of the Damned
Rok wydania: 2011
Wydawca: SPV/Steamhammer
http://www.axel-rudi-pell.de
Kiedyś zastanawiałem się jaki album powinien otrzymać najniższą ocenę.
Nawet początkujący muzycy, jeśli nie mają umiejętności nadrabiają
chęciami, pomysłami… charyzmą! Takie ich potraktowanie byłoby
niesprawiedliwe.
Więc chyba takie krótkie przemyślenie na zasadzie odwrotności doprowadzi
nas do rozwiązania tegoż problemu filozoficznego. Taki przypadek
następuje kiedy doskonali instrumentaliści (+wokalista) próbują po raz
kolejny sprawdzoną metodą nabić swoje kiesy. A nagranie krążka o wiele
mówiącym tytule „Ballads IV” i do tego trwającego 74 minuty potrafi
nadwyrężyć nerwy każdego sympatyka ostrych brzmień.
W przypadku Axla Rudiego Pella od lat formuła jest taka – kilka utworów
własnych odrzeć z elektryki i zagrać o połowę wolniej (koniecznie dodać
pianino zamiast gitary rytmicznej).
Trochę więcej inwencji kosztuje zrealizowanie coverów, z których część
była ostrymi utworami w oryginale. A, zapomniałbym o obowiązkowych
instrumentalach… które w tym konkretnym wypadku po prostu wieją nudą.
Włączamy więc (nie ukrywam, że z pewnymi uprzedzeniami) płytę i tak po
niezłym otwieraczu (nie zwiastującym katastrofy, a nawet całkiem
przyjemnym), następuje profanacja klasyka DIO „Holy Diver”, okraszona
mdłą solówką. Następnie utwór Leonarda Cohena, który przeżarł mi się w
oryginale lata temu… Fragmentarycznie broni się „Northern Lights”
(solówka wywołuje sensacje żołądkowe).
Cover Kiss… przearanżowany jest z kolei bez sensu (dzwonki i bongosy dobijają).
Kolejny jasny punkt to „Glory Night”… zjadliwe do pewnego stopnia.
Najlepsze na płycie „In the air tonight” Phila Collinsa to łyżka miodu w
tej beczce dziegciu (wiem, wiem – przysłowiu było na odwrót). To utwór,
który zasługuje na uwagę, i kolejna pozycja, która nie pozwala skreślić
tej pozycji bez mrugnięcia okiem. Przydałoby się jednak nieco umiaru w
końcówce… chłopaki się trochę rozpędzili i zapędzili… Ale generalnie
jestem na „tak”.
Jesteśmy w połowie, ale nie brnijmy na zasadzie trak-by-track w głąb
tego krążka, dalej nie ma sensu zatrzymywać się choćby na akapit.
Sam nie wiem. Może każdy z tych utworów dodany do NORMALNEJ płyty byłby
fajnym eksperymentem. Nie – nie każdy, część na pewno. Zebranie tego
wszystkiego na jednym krążku i to pod takim szyldem wydaje się po prostu
żenującym zabiegiem.
Płyta, a może jej formuła – jest słaba, dramatyczna, nudna i wydaje się
istnym wyciągnięciem ręki po kasę fanów. Przyznam, szczerze, że czuję
się uprawniony do takiej opinii jako, że posiadam na swojej półce wiele
płyt Axla Rudiego Pella (zresztą jeśli chodzi o płyty regularne moim
zdaniem również zaczął zjadać swój ogon).
Szkoda, że tak świetni muzycy marnują się na takim wydawnictwie. Jeśli
natomiast powstanie płyta Balads 5, to znaczy że w ludziach pozostało
jeszcze wtłoczone przez magazyn BRAVO zamiłowanie do składanek tego
typu…
Jako że wierzę w ludzi, a i naiwność Pella nie powinna sięgnąć tego
poziomu zobliguje się, że jeśli takowa powstanie – zjem brukselkę i
marchewkę na gęsto do jednego posiłku (chyba i tak będzie dla mojego
żołądka zdrowsze niż słuchanie kolejnej jego płyty z balladami).
Kilka jasnych punktów nie pozwala mi wystawić oceny zdecydowanie
negatywnej… ale faktem jest, że słabe utwory potrafią tu obrzydzić
nawet te lepsze.
Słabą płytę z jednym świetnym kawałkiem i dwoma zrywami nadal oceniam
jako słabą… z tym że ocena zakotwiczy w wyższej części skali. Wybronił
się więc Pell, a warunki postawione na wstępie nie wystarczyły by
jednoznacznie zdyskredytować to wydawnictwo… chyba że…
3/10
Piotr Spyra

















































