1. Your Hate
2. (7)
3. Call to Death
4. My Blood
5. The Sea
6. Last Request
Rok wydania: 2026
Wydawca: Lifeforce Records
Bandcamp
AVERTAT to debiutant na metalowej scenie, choć tak naprawdę za powstanie tego projektu odpowiada muzyk, którego nie można uznać za nowicjusza. Mowa o Sebastianie Görlachu – niektórzy słusznie mogą go kojarzyć z działalności w grupie DÉCEMBRE NOIR. Stety albo niestety, muzyk opuścił macierzystą formację i postanowił wrócić do tzw. korzeni. W tym celu zwerbował wokalistę, Enrico Langguth i bez wdawania się w szczegóły, tak właśnie światło dzienne ujrzał wydawniczy debiut tejże formacji (a w gwoli ścisłości duetu).
„Dead End Life” to gratka dla fanów klimatycznego doom/death metalu rodem z lat 90, czasów kiedy powstały podwaliny ów gatunku, a swoje największe sukcesy odnosiły m.in. takie grupy jak Tiamat, Anathema, My Dying Bride, Amorphis, Paradise Lost czy Celestial Season, który – w przeciwieństwie do ww. zespołów – nie odniósł już takiego sukcesu. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ muzyka niemieckiego projektu jest głęboko osadzona w tego typu stylistyce. AVERTAT upodobał sobie podobny sposób wyrażania emocji, a pod względem muzyki i prezentowanych pomysłów, przypomina produkcje z tamtych czasów. Można zadać pytanie czy takie zamierzenie ma w ogóle sens i jest komukolwiek potrzebne. Po pierwsze, pewnie sami twórcy mogą się w ten sposób realizować, przekazać emocje. Po drugie, nie wydaje mi się, by panowie tworząc „Dead End Life” mieli na celu usilne kopiowanie innych zespołów. Wiadomo, w tych czasach ciężko wykreować coś nowatorskiego, oryginalnego. Jednak w całym tym zalewie mnogich produkcji udaje się wydać coś ciekawego, nawet pomimo mniej lub bardziej wyczuwalnych naleciałości. Tak właśnie mają się sprawy w przypadku AVERTAT. Grupa ma na siebie pomysł i to daje się wyczuć już przy pierwszym kontakcie, zwłaszcza jeżeli chodzi o aspekt wizualny. Uwagę zwraca symboliczna okładka (obraz przywołuje produkcje malarza z kultowej komedii Stanisława Barei), na której widnieją dłonie. Niby nic niezwykłego, ale w połączeniu z tytułem płyty oraz warstwą liryczną sytuacja zaczyna nabierać innych kolorów. Praktycznie w każdym tekście jest mowa o dłoniach, a te w przypadku człowieka mogą odgrywać różną rolę; zarówno twórczą jak również destrukcyjną. Nie wiem jaka dokładnie była intencja zespołu, ale odnoszę wrażenie, że właśnie poprzez taką symbolikę zespół chciał poniekąd przedstawić naturę człowieka, wycinek okoliczności jakie mu towarzyszą.
Dopełnieniem – chociaż nie wiem czy to słowo jest właściwe – całości jest muzyka. Dźwięki oczywiście odgrywają tu ważną rolę, są nieodzowną częścią całego zamierzenia. To jest spójne również pod względem klimatu. Ogólnie rzecz ujmując, prezentowane pomysły są pozbawione oznak radości, optymizmu. Bije z nich dość przygnębiająca atmosfera, chłód, co w przypadku „uprawianej” stylistyki oczywiście nie jest niczym wyjątkowym. W tej kwestii AVERTAT pozostaje całkowicie wierny kanonom gatunku, co ewidentnie oddaje np. „(7)”, a szczególnie jego atmosferyczny wstęp budzący silne skojarzenia wobec specyfiki My Dying Bride. Podobnych odniesień można znaleźć dużo więcej i co by nie mówić, jest to dość przyjemne, a na pewno sentymentalne doświadczenie (przynajmniej dla mnie). Uwagę zwraca dualizm wokalny – oprócz dominujących tłustych growli, pojawiają się też czyste wokale (przypomina mi to czasy drugiej płyty The Gathering), za które odpowiada właśnie Enrico Langguth, którego rola ogranicza się wyłączenie do tego. Muszę jednak przyznać, że śpiewane momenty jakoś mnie nie przekonują i z aprobatą przyjąłbym ich ograniczenie w przyszłości. Zresztą jak można przeczytać, główną siłą napędową tegoż projektu jest Sebastian Görlach, który odpowiada praktycznie za wszystko (każdy instrument, muzykę, teksty). Stąd też nie bardzo rozumiem sens zaangażowania drugiego wokalisty… Chyba jedynym argumentem, który mógłby za tym przemawiać, jest chęć wprowadzenia większej różnorodności. Ta w przypadku tego rodzaju muzyki wydaje się dość ograniczona, ale mimo wszystko (muzycznie) nie ma powodów do narzekań. Ów kwestia zdaje się mieć duże znaczenie, co można poczuć już przy okazji otwierającego „Your Hate”, gdzie dzieje się sporo, zwłaszcza pod względem rytmicznym. W innych kompozycjach bywa różnie, ale na pewno nie ma tu mowy o minimalistycznym podejściu to aranżacji. Pomimo licznych zwolnień oraz atmosferycznych motywów, płyta nie jest pozbawiona metalowego żywiołu, agresji, czego doświadczyć można chociażby przy okazji „The Sea” o zagęszczonych podziałach rytmicznych, które przeplatają się z doomowymi zwolnieniami.
A czy czegoś brakuje? Na pewno tradycyjnej książeczki (wydawnictwo ograniczono wyłącznie do rozkładanego tekturowego opakowania). Poza tym odczuwam pewien deficyt elementów, które na dłużej mogłyby zagościć w świadomości słuchacza. Niby pojawiają się melodie, ale ich nośność nie ma większej siły przebicia. Po prostu po wysłuchaniu całości niewiele zostaje w pamięci, a to nie działa korzystnie. Żywię jednak nadzieję, że „Dead End Life” z czasem odkryje swoje największe atuty, ale czy tak się stanie? To się dopiero okaże.
Niezależnie od tego, jeżeli ktoś z sentymentem wspomina lata 90, a dokładniej tzw. „metalowe klimaty’, ten powinien sprawdzić „Dead End Life”. Co prawda nie jest to płyta specjalnie odkrywcza, ale przecież nie tylko o to chodzi. AVERTAT stawia na sprawdzone wzorce oraz charakterystyczną nastrojowość i co tu dużo mówić; osiągnięte efekty robią pozytywne wrażenie, wydawnictwo ma w sobie to coś. Myślę, że czas poświęcony na poznanie tej płyty nie będzie stracony – osobiście jestem ciekaw jak potoczy się kariera tego projektu.
7/10
Marcin Magiera















































