01.Video
02.Honey Trap
03.Laura Palmer’s Theme
04.Neon Lights
05.Sörmland
Rok wydania: 2025
Wydawca: Tonzonen Records
Szwedzka grupa Automatism powraca po pięciu latach przerwy z nowym albumem, który opatrzono tytułem „Sörmland”. Ten trudny do wymówienia w naszej ojczyźnie wyraz pochodzi od nazwy miejscowości stanowiącej lokalizację nagrania omawianej płyty. W malowniczej wiosce usytuowanej na terenach Svealand (czyli Szwecji Właściwej – centralnej części państwa) znajduje się budynek po dawnej kaplicy. Obecnie używa się go w celach niezbyt sakralnych – w tym właśnie jako studia nagrań. U nas taka sytuacja byłaby raczej nie do pomyślenia – ale pamiętajmy, że mowa tu o Szwecji. Kwestie etyczne odłóżmy jednak na bok. Faktem jest, że dawne świątynie zazwyczaj charakteryzują się doskonałą akustyką. W kontekście rejestracji materiału muzycznego jest to atut wystarczający.
Automatism to formacja, która obrała sobie niełatwą ścieżkę kariery. Zespół para się bowiem gatunkiem określanym jako instrumentalny rock psychodeliczny. W skład grupy wchodzi czwórka wykonawców – Hans Hjelm grający na gitarze i syntezatorach, Gustav Nygren obsługujący gitarę i okazjonalnie saksofon, Mikael Tuominen odpowiedzialny za partie basu i fortepianu oraz perkusista Jonas Yrlid, który pełni również funkcję kierownika muzycznego całej tej gromadki. „Sörmland” jest już piątym owocem ich dorobku fonograficznego w ciągu zaledwie dekady działalności estradowej. Całkiem nieźle jak na absolutnie niekomercyjny z założenia kolektyw artystyczny.
Najnowsze dzieło łączy z poprzednimi oszczędne potraktowanie materii muzycznej. Panowie stawiają raczej na klimat niż wirtuozerię. Stąd otwarta forma kompozycyjna. Punktem wyjścia poszczególnych numerów bywa zazwyczaj improwizacja. Napięcie budowane jest stopniowo poprzez konsekwentne powtarzanie prostej frazy muzycznej. Tak wygląda już pierwsza na płycie ścieżka, którą zatytułowano „Video”. Prowadzi ją ledwie zarysowany motyw gitary elektrycznej, do którego pozostali członkowie zespołu dorzucają delikatny akompaniament. Jeszcze prościej jest w kompozycji „Honey Trap”, która opiera się w zasadzie na dwóch akordach. W miarę trwania kawałek zyskuje coraz to nowe barwy, ale cały czas obcujemy z umiejętnie rozwijanym jam session.
Dla przeciwwagi dostajemy więc numer skomponowany według reguł klasycznych. Przy czym nie jest to autorska propozycja zespołu. Członkowie Automatism zdecydowali się sięgnąć po kultowe dzieło Angelo Badalamentiego, słynną pieśń „Laura Palmer’s Theme”. Nie ma chyba wśród pokolenia pamiętającego lata 90-te osoby, która nie kojarzyłaby tej melodii, nawet jeśli serial „Twin Peaks” w reżyserii Davida Lyncha omijała szerokim łukiem. To jeden z tych motywów, które na stałe zapisały się w historii światowej popkultury. Wielu już próbowało zagrać go po swojemu – z różnym skutkiem. I tu z przykrością muszę przyznać, że panowie z grupy Automatism nie udźwignęli tematu. „Laura Palmer’s Theme” w aranżacji psychodelicznej z motywem wiodącym odegranym na gitarze elektrycznej wypada blado. Bezpłciowo. Zupełnie nie ma tej mocy i liryzmu, którym cechował się oryginał. Pewnych rzeczy przerabiać po prostu nie warto.
Nieco lepiej broni się drugi z coverów, który odnajdujemy na nowej płycie Automatism. Jest to „Neon Lights”, który zostawili po sobie Karl Bartos, Ralph Hütter i Florian Schneider – „żywe roboty” z formacji Kraftwerk, niemieccy pionierzy elektroniki. Tu z kolei zaaranżowanie numeru na modłę rockową wychodzi mu tylko na dobre. Opinia ta trąci oczywiście subiektywizmem piszącego, któremu twórczość Kraftwerk nigdy specjalnie bliska nie była.
Na koniec dostajemy tytułowy „Sörmland”, będący zarazem nagraniem najdłuższym – niemal dwunastominutowym. Na jego korzyść przemawia ciekawa partia saksofonu. Ukojenie przynoszą też wieńczące tegoż kolosa delikatne dźwięki fortepianu. Jako całość ostatni kawałek nie odbiega jednak zbytnio od klimatu swoich poprzedników.
Nowy album Szwedów nie przekracza obowiązującego w formacie winylowym czasu czterdziestu minut. Zresztą jego wersję fizyczną zdobyć można wyłącznie w postaci czarnego krążka (pomijając promocyjny egzemplarz CD, którym posiłkowałem się podczas płodzenia niniejszej recenzji). Zatem nie tylko dźwiękiem ale również stroną edytorską kwartet z drugiej strony Bałtyku pragnie przywołać czasy dawnej rockowej psychodelii. Fanom muzycznej swobody i miłośnikom jam session mogę ów album szczerze polecić. Jest miły w odbiorze – aczkolwiek to samo można napisać o tysiącu innych płyt z tego nurtu. Posłuchać można. Gdyby nie zbezczeszczenie „Laura Palmer’s Theme” – dałbym tej płycie nawet osiem punktów. Wobec powyższego pozostanę jednak przy sześciu.
6/10
Michał Kass


















































