1. Aqua Opening
2. Aqua Balalaika
3. Aqua Icebergs
4. Aqua Waves
5. Aqua Genesis
6. Aqua Coma
Rok Wydania:2019
Wydawca: Madison Gate Records
http://www.apocalyptica.com
Metal już dawno temu przeprosił się z muzyką symfoniczną i często
króluje z nią na jednej scenie, by wspomnieć tylko Dimmu Borgir, Therion
czy Metallikę. I o ile muzykom metalowym coraz łatwiej jest wejść w
klimaty symfoniczne, to właściwie żaden z nich nie otworzył jeszcze
furtki z napisem „muzyka filmowa” (rzecz jasna nie chodzi mi tu o
zespoły, których utwory można usłyszeć np. w obrazach Tarantino).
Skłaniam się tu raczej ku muzykom ze świata metalu, którzy za sprawą
swojego doświadczenia postanowili podkręcić emocje zawarte w filmie
muzyką (filmową, symfoniczną, metalową); taką, która stałaby się
integralną częścią danej sceny filmowej. Jak na przykład lider
Apocalyptiki. Fakt, muzyka, którą już od dwudziestu lat proponują fińscy
wiolonczeliści nie do końca mieści się w standardach metalu (pomimo, że
brzmienie wiolonczel coraz mocniej przypomina gitary, a wokal nie jest
już tylko gościem na pojedynczych utworach), to jednak zespół wyrobił
sobie znaczącą markę w świecie metalu.
I oto Eicca Toppinen postanowił spróbować swych sił w muzyce filmowej.
Stworzył kompozycje do ambitnego obrazu „Aquarela” (reż. Victor
Kossakovsky), który ukazuje potęgę wody w życiu człowieka. Niby banał,
lecz zdjęcia (kręcone na Syberii, Grenlandii czy w Kalifornii), które
można zobaczyć chociażby w samym trailerze zapierają dech w piersiach.
Myślę, że czas postawić zasadnicze pytanie: czy muzyk metalowy potrafi
pisać muzykę, która współgra z obrazem? O tym będzie można się przekonać
podczas wizyty w kinie. Ja natomiast teraz zamieniam się w słuch i na
dwadzieścia cztery minuty włączam film w swojej wyobraźni.
Krążek otwiera „Aqua opening”. Jest groźnie, klimatem troszkę
przypominając motyw z filmu „Szczęki”. Jakieś bębny, następnie gdzieś w
tle pobrzękują chimesy, by uderzyć już z całą mocą, a także i wrogością.
Nie brakuje tu tej klasycznej Apocalyptiki. Warto zwrócić uwagę na
wyborną grę Miko Sirena na perkusji: ach te bębny i dzwony rurowe!
Kompozycja nie trwa nawet dwóch minut, ale w zupełności wystarczy by
wgnieść słuchacza w ziemię.
Drugą kompozycją jest „Aqua balalaika”. Jeszcze raz złowieszcze
przeciągniecie smyczkiem po strunach. Tym razem klimat łudząco
przypominający dokonania Ramina Djawadiego, autora muzyki do „Gry o
tron”. Znam dokonania Finów i nie sądziłem, że jeszcze mnie kiedyś
zaskoczą, choćby tytułową bałałajką. Z początku spokojnie, potem nabiera
iście metalowego rozpędu. Całe solo, a także rytm jest osadzony w
klimatach rosyjskich. Brakuje tylko charakterystycznych rosyjskich
zaśpiewów i tańców na środku zamarzniętego Bajkału. Znów króciutka
kompozycja, ale jakże treściwa.
Numer trzy to „Aqua icebergs”. Pierwsze, co się rzuca w uszy, to znów
świetna praca perkusji oraz niezwykle połamany rytm okraszony przepiękną
grą wiolonczel. Jest jak starych dobrych czasów. Znów prym wiodą
klasyczne, „czyste” instrumenty bez zbędnych dodatków.
Czwórka na tym krążku to „Aqua waves”. Nie wiem jak Eicca i reszta jego
grupy to robi, ale tylko za pomocą smyczków i strun wiolonczel udało się
wykrzesać dźwięk niemal krzyczących morskich syren. Efekt ten sprawia,
że chciałoby się zanurzyć w ich śpiewie i nigdy nie wypływać na
powierzchnię…
Przedostatnią kompozycją jest „Aqua genesis”. Jest to już ta
Apocalyptica, jaką znamy nie od dziś. Zresztą wydaje mi się, że jest to
jeden ze starszych utworów, który nie trafił na któryś z ostatnich
albumów. Jest tu dużo krzyku, jest także mocny riff, imitacja basu na
wiolonczeli oraz znów ten świetny Miko na perkusji, który w pewnym
momencie gra niemal blackmetalowo. Potem rozpędzeni wiolonczeliści nie
dają wytchnienia ani na sekundę. Panowie prześcigają się wzajemnie w
efektowych solówkach, by wreszcie wyhamować i ukazać całe piękno gry na
tym instrumencie. W mgnieniu oka robi się znów dostojnie: z otwartymi z
wrażenia ustami można wsłuchiwać się i chłonąć te dźwięki.
Ostatnią kompozycją jest „Aqua coma”, a więc wariacja na temat utworu
„Coma” z pamiętnego „Cultu”, jednego z najlepszych albumów grupy. I to
już tyle. Można zatem pokusić się o podsumowanie.
Ten album ma jedną zasadniczą wadę. Jest za krótki. Dwadzieścia cztery
minuty przemknęły błyskawicznie i jeśli zespół przygotowuje coś więcej –
oto mamy przystawkę do genialnego albumu, którym Apocalyptica ma szansę
wrócić na właściwe tory. Nie ma tu żadnych wokaliz, zbędnych udziwnień,
tabunów zaproszonych gości. Są za to emocje.
8,5/10
Mariusz Fabin

















































