ALMANAC – 2017 – Kingslayer

ALMANAC - Kingslayer

1. Regicide
2. Children of the secret path
3. Guilty as charged
4. Hail to the king
5. Losing my mind
6. Kingslayer
7. Kingdom of the blind
8. Headstrong
9. Last farewell
10. Red flag

Rok wydania: 2017
Wydawca: Nuclear Blast
http://www.almanac.band


Gitarę Victora Smolskiego pierwszy raz usłyszałem wtedy, gdy ten wraz dwoma pozostałymi muzykami Rage wydał „Soundchaser”. Pamiętam, jak niesamowite wrażenie zrobiły na mnie rage’owskie galopady, okraszone gitarową wirtuozerią Victora. Jakiś czas później jego umiejętności zyskały u mnie jeszcze bardziej, kiedy postanowił na chwilę wspomóc legendę rosyjskiego metalu –Valirieja Kipelova i wraz z nim wydał album „Rieki vremion”, a także singiel „Vavilon” oraz zarejestrowany w Moskwie koncert, promujący oba wydawnictwa. Jako muzyk Rage angażował się także w projekt Lingua Mortis Orchestra, wraz z Praską Orkiestrą Symfoniczną przearanżował utwory Rage, a także rockowe klasyki na sposób symfoniczny. Kolejne podejście do LMO miało miejsce w 2013 roku i zaowocowało pełnoprawnym albumem i trasą koncertową z wykorzystaniem orkiestry na żywo.

Przyszedł jednak czas, kiedy Victor opuścił szeregi macierzystego Rage’u i postanowił powołać do życia nową grupę – złożony z muzyków Lingua Mortis zespół Almanac. W 2016 roku nastąpił jego płytowy debiut („Tsar”), natomiast pod koniec 2017 roku zespół wydał swój drugi krążek, zatytułowany „Kingslayer”. Gitarzyście pomagają wokaliści: Andy B. Franck, David Readman i Jeannette Marchewka, na perkusji gra Athanasios Tsoukas, a na gitarze basowej Tim Rashid. Nie ma natomiast żadnych wątpliwości, że za brzmieniem Almanacu stoi właśnie Victor Smolski – w logo zespołu wpleciono bowiem znak graficzny, stworzony z jego inicjałów.

Album otwiera utwór „Regicide”, który klimatem intra przypomina trochę suitę z albumu Rage „Strings to a web”. Po chwili swoją gitarą uderza Victor. Robi się motorycznie, ze świetnym basem w tle. Refren natomiast należy do rewelacyjnych partii wokalnych i jeszcze lepszej orkiestry w tle. Bardzo dobrze wypada również nowy nabytek grupy – perkusista Tsoukas. Młóci w bębny aż miło. W tym utworze nie ma co prawda wielu pokazówek gitarowej wirtuozerii, ale i tak od razu wiadomo, kto trzyma wiosło. Jest to po prostu dobry utwór na rozpoczęcie.

Drugim numerem jest rozpoczynającym się od gitarowego połamańca „Children of the sacred path”. Potem jest już iście Rage’owsko. Im szybciej, tym lepiej. Trzeba przyznać, że trójka wokalistów znów robi piorunujące wrażenie. Wymieniają się wersami, a także śpiewają wspólnie (przypominają się najlepsze rozwiązania wokalne w Therionie). I robią to perfekcyjnie. Nawet kiedy tempo odrobinę zwalnia, jest wciąż piekielnie szybko, ale i z radością grania. Kolejny bardzo dobry numer, ale i tak najlepsze jeszcze przed nami.

Oto bowiem przychodzi czas na „Guilty as charged”. Początkowe klawisze brzmią troszkę, jak ostatnie dokonania Nigthwish. Ale później jak pięknie się ten temat rozwija! Do głosu dochodzi gitara Smolskiego i znów genialna sekcja rytmiczna. Natomiast słuchając wokalu od razu oczyma wyobraźni można zobaczyć, jak lecą nuty na partyturze. Tak samo jest w niezwykle śpiewnym refrenie. Znalazło się też miejsce na szybką solówkę lidera grupy, łączącą się z motywem z początku. Kolejny bardzo dobry kawałek.

„Hail to the king”, jedna z najlepszych kompozycji na płycie, rozpoczyna się pełnym grozy chóralnym śpiewem wokalistów. Z czasem numer się rozpędza. Klimat trochę znów w duchu Theriona i Thunderstone, połączonych w idealnej proporcji. Co tu dużo mówić, obok tego numeru nie da się przejść obojętnie. To rzetelnie napisany i zagrany kawałek ze świetną pracą muzyków, a przede wszystkim Victora na gitarze i klawiszach w tle.

Kolejną propozycją jest „Losing my mind”. Rozpoczyna go połamana gitara i trochę dziwne klawisze. Jednak po chwili robi się niesamowicie – przez moment jest trochę sabatonowsko, lecz za chwilę Almanac gra już po swojemu. Kapitalnym pomysłem jest zniekształcenie głosu wokalistki, by dostroić go do ciężkiego męskiego wokalu, natomiast całość spina świetna gitarka akustyczna. Znów rewelacyjnie broni się tu linia melodyczna refrenu. Wszystko jest tu na swoim miejscu, włącznie z partiami klawiszy i orkiestry.

Czas jednak przejść do zdecydowanie najlepszego fragmentu płyty. Tytułowy krótki mówiono-instrumentalny „Kingslayer” to zaledwie intro do tego, co się będzie dziać za chwilę. Recytacja, magiczna gitara Smolskiego i przepiękna partia orkiestry, która wraz tematem głównym płynnie przechodzi w „Kingdom of the blind”. Ależ tu od samego początku się dzieje! Mamy tu bowiem do czynienia i z metalem, i z muzyką klasyczną i z lekką operą. Lecz przede wszystkim jest tu świetnie skomponowana muzyka, w której nie ma ani jednej zbędnej nuty. W zamian podążamy przez metal i orkiestrę z wypiekami na twarzy i z zaskoczeniem, że można tak dobrze wszystko to pogodzić. Pani Victorze, czapki z głów za „Królestwo ślepców”.

„Headstrong” to jeszcze jedna dobra kompozycja ze świetną partią basu na początku. Później jest już po smolskiemu. Znaczy ciężko i do przodu. Znów pokłony dla wokalistów za wymianę fraz pomiędzy sobą. Dzięki temu słuchacz ani przez sekundę się nie nudzi, próbując odgadnąć kto i co zaśpiewa. Wszystko to jest jednak idealnie wyważone i absolutnie nikt nie próbuje się wychylić poza szereg, co daje wrażenie pędzących razem spiętych koni dowodzonych przez jednego człowieka, który idealnie wie, dokąd ma gnać.

Przedostatnią propozycją jest „Last farewell”, ballada, która na tle innych kompozycyjnie wypada dość blado. Mamy tu gitarę akustyczną, flecik, bongosy smyczki. Jednak nie robi to jakiegoś większego wrażenia. Ot, taki odpoczynek, cisza przed wielkim finałem.

A ten jest godny króla. „Red flag” jest bowiem zadziorne, ze świetną gitarą rytmiczną. Warto wsłuchać się w pianinko w tle, jak pięknie wykonuje swoją robotę. Natomiast wokaliści znów powinni zebrać wielkie brawa za swoje partie. Brawa należą się praktycznie wszystkim muzykom. Kurtyna.

Nie sądziłem, że kończący się rok uraczy nas jeszcze jednym bardzo dobrym albumem z tak fantastycznymi momentami i tak świetną muzyką. W tym wszystkim jedyny ból jest taki, że listę najlepszych płyt roku trzeba będzie nieco zrewidować, bo „Królobójca” zdecydowanie na niej nieco zamiesza.

9/10

Mariusz Fabin

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *