1. Age Of Aquarius
2. Speranza
3. The Brotherhood
4. Innocence
5. Higher
6. Infatuate
7. Pleased To Meet You
8. Final Warning
9. Indigo
10. Corporate War
11. Capital Punishment
Rok wydania: 2016
Wydawca: Pride & Joy
http://www.almah.com.br/
Niejednokrotnie wspominałem, że power metal w Polsce jest gatunkiem
niszowym szczególnie wśród wykonawców. Kapel obracających się w tejże
stylistyce – w naszym kraju – nie uświadczymy zbyt wielu; w zasadzie
można je policzyć na palcach jednej ręki (niestety). Podobnych problemów
(jak można zaobserwować) nie mają m.in. takie kraje jak Niemcy, Włochy
czy Brazylia. Z tego ostatniego pochodzi nasz dzisiejszy bohater, grupa
Almah. Zespół w ostatnich dniach powrócił z kolejnym (już piątym)
krążkiem o tajemniczo brzmiącym tytule. „E.V.O” to materiał wyjątkowy,
mogący wzbudzić niemałe (liczę, że pozytywne) zaskoczenie wśród fanów
zespołu, ale po kolei…
Być może niektórzy nie mają bladego pojęcia co to za egzotyczny twór
muzyczny, dlatego pozwolę sobie na małe wyjaśnienie. Almah to jeden z
przedstawicieli brazylijskiego prog/power metalu. W jej szeregach stoi
jeden z bardziej rozpoznawalnych głosów tegoż gatunku, Edu Falaschi. Co
niektórzy mogą go słusznie kojarzyć z późniejszym wcieleniem grupy
Angra, z którą – zanim zastąpił go aktywny w ostatnim czasie Fabio Lione
(były wokalista Rhapsody Of Fire) – nagrał cztery albumy studyjne. To
na tyle w kwestii wprowadzenia; pora na dokonanie autopsji następcy
„Unfold” z 2013 roku.
„E.V.O” już w kwestii graficznej przynosi szereg zmian. Okładka emanuje
ciepłymi barwami oraz „baśniowym”, radosnym klimatem (nawet logo zespołu
nabrało złotawych odcieni). Również wewnątrz bookletu nie brakuje
żółtych kolorów – każda grafika takowe zawiera, co w pewnym sensie
pasuje do ogólnej koncepcji płyty, która ma charakter konceptualny,
gdzie przewodnim tematem jest nadejście nowej ery. Główny wątek
przeplata się z losami jednostki ludzkiej, w której umyśle dokonują się
metamorfozy, będące następstwem nowego porządku świata.
Jeżeli chodzi o kwestie muzyczno – stylistyczne, Almah zaniechał
eksperymentalnych wędrówek o nowoczesnym usposobieniu. Premierowy
materiał jest daleki od tego, co zawierał ciekawy „Motion” oraz
późniejszy „Unfold”, do którego wciąż nie potrafię się przekonać. W
pewnym sensie „E.V.O” zawrócił zespół na dawne tory, choć to nie jest
tak do końca. Pojawiły się nowe elementy, ale mają one ścisłe powiązanie
z wcześniejszym obliczem zespołu. Album wciąż nosi znamiona
brazylijskiej odmiany power/prog metalu, ale tym razem Falaschi i spółka
– świadomie lub nie – podbarwili swoje pomysły europejskimi wpływami. I
nie mam tu na myśli inspiracji, wpływów o charakterze stricte
metalowym, a bardziej rockowym! Niejednokrotnie przewijają się wątki
przywołujące na myśl atmosferę znamienną dla brytyjskiej sceny rockowej
spod znaku Coldpaly, ale bez obaw. Chodzi tu wyłącznie o
charakterystyczną, przestrzenną atmosferę, która towarzyszy wydawnictwu.
Dzięki temu płyta brzmi świeżo – trzeba przyznać, że dość nietypowo jak
na tego typu granie. Co prawda zmniejszył się poziom metalowej mocy,
ciężaru, ale w tym przypadku o dyskredytacji nie ma mowy! Ponadto
(pozostając przy brytyjskich klimatach) w kilku miejscach („Speranza”,
„The Brotherhood”) nie mogłem się wyzbyć skojarzeń wobec twórczości
Queen. Niektóre fragmenty posiadają podobną motorykę i znamienny
rozmach.
Pod względem instrumentalnym i wykonawczym płyta robi jak najlepsze
wrażenie. Szczególną uwagę przykuwają bębny – nowy nabytek zespołu,
Pedro Tinello gra dynamicznie, finezyjnie, a jego partie są wyważone i
urozmaicone nadając kompozycjom należytego feelingu. M.in. dzięki temu
muzyka wyróżnia się na tle licznej konkurencji prezentując się raczej
nieszablonowo. W kwestii realizacji nagrań nie ma się do czego
przyczepić – całość zyskała profesjonalne, selektywne, a do tego ciepłe
brzmienie. Niektórym może doskwierać jego złagodzenie, lżejszy
charakter, ale osiągnięty rezultat naprawdę idealnie pasuje do warstwy
muzycznej.
Utwory (posłużę się muzycznym żargonem) żrą jak cholera, mają w sobie to
„coś”. Pomysły, jakie zawiera prezentują się dojrzale, nie ma w nich
miejsca na przypadek, pół środki. Daje się wyczuć mocno rozwiniętą
świadomość twórczą, odpowiednie wyczucie i muzyczną wrażliwość.
Kompozycje są urozmaicone, intensywne, aranżacyjnie atrakcyjne. Każdy
motyw z czegoś wynika, zachodzące zmiany dokonywane są płynnie. Świetne
wrażenie robią fragmenty instrumentalne o iście progmetalowym wydźwięku –
podczas ich trwania nie można narzekać na nudę, dzieje się sporo
ciekawych rzeczy, które na pewno nie ujdą uwadze zwolennikom bardziej
wymagającego grania.
„E.V.O” oprócz metalowego usposobienia posiada całkiem sporo
nastrojowych momentów, akustycznych brzmień. Te można napotkać m.in.
podczas „The Brotherhood” z fortepianowym akompaniamentem, wstępie „Age
Of Aquarius” czy też balladowym „Infatuate” – genialny utwór! Posiada
niezwykle chwytliwy refren, który już po pierwszym odsłuchu wżyna się w
pamięć. Takich momentów jest dużo więcej – „E.V.O” jest niezwykle
melodyjny i zawiera pokaźną ilość chwytliwych pomysłów. Pod tym względem
został osiągnięty pełen sukces, stąd też przyswojenie nowego materiału
Almah nie powinno stanowić większego problemu.
Czy można mieć jakiekolwiek zarzuty? Największym z nich jest fakt, że
całość bardzo szybko „przelatuje” zgodnie z powiedzeniem „wszystko co
dobre, szybko się kończy”. Na całe szczęście ów dobroć można
wielokrotnie powtórzyć i nawet wtedy płyta nie powszednieje (ale to
przecież nie zarzut, a potężny atut). Jeżeli faktycznie mam się do
czegoś przyczepić, będzie to zakończenie płyty, dokładnie dwa ostatnie
utwory, a szczególnie nowoczesny „Corporate War” (pasowałby do klimatu
„Unfold”). Oba odstają od reszty, co ma swoje odbicie w ogólnej
spójności całego materiału. Mimo to premierowy materiał ekipy z Brazylii
należy uznać za naprawdę udany, takie albumy nie pojawiają się zbyt
często.
Dlatego zwolennicy melodyjnego power metalu, z domieszką progmetalowej
energii (w niekoniecznie ciężkim wydaniu) mogą na „E.V.O” znaleźć coś
dla siebie. W mojej opinii Almah nagrał nie tylko jeden z najlepszych
albumów (o ile nie najlepszy) w swojej dotychczasowej karierze, ale
również jedną z najciekawszym pozycji tego roku. Odkąd płyta wpadła w
moje ręce nie mogę się od niej uwolnić, nieustannie do niej wracam.
Bardzo dobry album, którego słuchanie wciąga i zniewala (przynajmniej
mnie). Gorąco polecam!
9,5/10
Marcin Magiera


















































