To był wieczór pełen niespodzianek. Tych miłych i tych trochę mniej przyjemnych. Jak to w życiu. Na szczęście aspekty pozytywne przeważyły nad minusami. Przytrafiła się nam bardzo udana listopadowa eskapada do malowniczego miasteczka Bochnia. Powód był wszak nie byle jaki – przyjazd do Polski Tima „Rippera” Owensa – heavymetalowego wokalisty, byłego członka Judas Priest, Iced Earth i wielu okazjonalnych projektów artystycznych spod znaku cięższego grania.
Pierwszą niespodziankę sprawiła nam aura. W ostatnich latach przyzwyczailiśmy się raczej do przyjaznych temperatur o tej porze roku. Tymczasem tegoroczna końcówka listopada zaskoczyła nas iście zimową inscenizacją, nie wyłączając obfitych opadów śniegu i ujemnych wskazań termometru. Nie przeszkodziło to jednak w bezpiecznym dotarciu do celu podróży – bocheńskiego Kina Regis. Przyznaję, że była to moja pierwsza wizyta w tym miejscu. Wrażenia? Całkiem pozytywne. Przytulna sala koncertowa z komfortowymi fotelami i świetnym widokiem na scenę, dobre oświetlenie itd.
Kolejnym zaskoczeniem był support w postaci kalifornijskiego kwartetu Dark Horse Prophet. Grali krótko i na tym wolałbym ów wątek zakończyć – z wielu powodów, niekoniecznie natury muzycznej. Po przerwie technicznej scenę objął we władanie Tim Ripper Owens i towarzyszący mu czteroosobowy zespół. Od pierwszej nuty wszystko było jak trzeba. Ripper zaskoczył zresztą potrójnie. Zaprezentował nie tylko imponującą – jak na faceta dobiegającego wkrótce sześćdziesiątki – sylwetkę, ale także niewiarygodną formę wokalną. A do tego wprawił w zdumienie repertuarem, który przygotowano z myślą o aktualnej trasie koncertowej.
Nie jest raczej tajemnicą, że magnesem przyciągającym publiczność na występy Owensa są jego dawne dokonania pod szyldem Judas Priest. Wokalista też doskonale zdaje sobie sprawę z tego faktu. Bez zbytniego krygowania się ułożył zatem setlistę wypełnioną po brzegi klasycznymi kompozycjami heavymetalowej legendy z Birmingham. Trzeba sprawiedliwie przyznać, że trzon programu stanowią numery z czasów, gdy to on pełnił rolę frontmana Judas Priest. A zatem kawałki z płyt „Jugulator” i „Demolition” nagrane na przełomie wieków. Już na wstępie ze sceny huknął właśnie tytułowy „Jugulator”. Później nie zabrakło też innych mocnych punktów z „ery Rippera”, takich jak „Burn In Hell”, „Blood Stained”, „Hell Is Home” czy też zagrany na bis „One On One”. Widownia reagowała na nie tak samo żywiołowo jak na kilka judaszowych standardów w postaci „Breaking The Law”, „Living After MIdnight” czy porywającego wykonania ballady „Beyond The Realms Of Death”.
Ważnym etapem kariery scenicznej Rippera Owensa był okres śpiewania w amerykańskiej grupie Iced Earth. Wokalista przywołał tamte czasy podczas wykonania „When The Eagle Cries”. Dwukrotnie powrócił też do repertuaru projektu KK Priest założonego wspólnie z Kenem Downingiem, byłym gitarzystą Judas Priest. Usłyszeliśmy najpierw „Hellfire Thunderbolt” a w dalszej części koncertu „One More Shot A Glory”. Cennym epizodem koncertu w Bochni był też hołd dla Paula Di Anno, zmarłego w ubiegłym roku dawnego wokalisty Iron Maiden. Owens najpierw poświęcił mu kilka ciepłych słów a następnie zaśpiewał kultowe „Wrathchild”. Lider dał też szansę pograć swoim muzykom towarzyszącym – nie tylko gitarzystom, ale nawet bębniarzowi, który w pewnym momencie pokusił się o stosowne solo perkusyjne. Frontman chętnie zaś wchodził w interakcję z publiką. Żartował, zachęcał do wspólnego klaskania i skandowania refrenów. Przypominał swoje wcześniejsze wizyty w naszym kraju. Szczególnym sentymentem darzy oczywiście pierwszy pobyt z Judas Priest w Spodku w 1997 roku.
Niespełna osiemdziesięciominutowy set Rippera Owensa przemknął szybciej niż stalowy motocyklista na jednej ze słynnych okładek jego byłej grupy. W zasadzie nie było tam słabych punktów. Dla uczestników tegorocznego występu aktualnego wcielenia formacji Judas Priest w Łodzi ten czwartkowy koncert Rippera w Bochni jawić się mógł jako wymarzone uzupełnienie – zwłaszcza, że wokalista prezentuje masę numerów, których Judasi raczej nigdy już na żywo nie zagrają. Ale nawet w oderwaniu od takiego kontekstu – był to po prostu miły rockowy event pod znakiem wysokokalorycznej heavymetalowej jazdy bez trzymanki.
Michał Kass




















































