REDAKCYJNE PODSUMOWANIE ROKU 2025

W tym roku mój ranking nie zawiera żadnych rewolucji, ani odkryć. To był rok w którym wróciłem do klasycznych brzmień. Słuchałem głównie hard & heavy. Sprawdzone marki powróciły z bardzo dobrymi albumami i to znalazło odzwierciedlenie w poniższym zestawieniu. Co fajne prawie każdy z tych zespołów widziałem w zeszłym roku na żywo. W moim przypadku możliwe, że to był najbardziej udany koncertowo rok ever.

ŚWIAT:

1. AVANTASIA – „Here be dragons” / HELLOWEEN – „Giants & Monsters”
Waham się – i nie potrafię zdecydować. To ewidentnie nie są żadne przełomowe płyty, ale takie, które sprawiły mi najwięcej przyjemności i których słuchałem namiętnie. Oba albumy poparte zresztą wyśmienitymi koncertami. W obu przypadkach też punkcik do całości dodają nagania bonusowe. W przypadku Avantasii dłuższa wersja „Creepshow” i hardrockowy miks „Bring on the Night” pozamiatały, w przypadku Helloween moim ulubionym kawałkiem jest „Out of Control” – może dlatego, że trochę dali pośpiewać Kaiowi. Tak czy inaczej. Moje płyty roku to te 2 pozycje ex aequo.

3. PRIMAL FEAR – „Domination”
Nie spodziewałem się aż tak dobrej płyty. Poprzednie albumy – owszem bardzo mi „siedziały” ale burzliwe zmiany w lineupie mogły niepokoić. Tymczasem Karlsson nie zdominował zespołu i Primal Fear brzmi… jak Primal Fear. Album napakowany jest po brzegi świetnymi melodiami, a kawałki zapadają w pamięć. Chłopaki po prostu mają talent do pisania dobrych piosenek.

4. CORONER – „Dissonance Theory”
Trochę ciężej i trochę bardziej skomplikowane rytmy pojawiają się u mnie tuż za podium. Zastanawiałem się nad tym czy to aby nie tęsknota za nowymi nagraniami zespołu nie pływa na osąd, ale ta płyta jest po prostu mocna. Trzyma w napięciu dzisiaj, tak samo jak w dniu premiery. W moim przypadku to też nobilitacja, że pokonali TESTAMENT, który nota bene uwielbiam.

5. GLENN HUGHES – „Chosen”
Glenn Hughes umie w hard rocka i to zarówno tego purpurowego, podszytego ścianą hammondów, jak i takiego stricte gitarowego. Matko! Jakie ten facet potrafi wykrzesać emocje! Co fajne, fascynaci czterech strun również znajdą tutaj coś dla siebie. Mój ulubiony hard rockowy album A.D.2025 to właśnie „Chosen”.

POLSKA:

Turbo - Blizny

1. TURBO – „Blizny”
TURBO nie zawodzi. Ich każda kolejna płyta jest gwarancją jakości. Mamy tu zarówno kawał czadu, melodii i dobrych tekstów. Mimo, że nie łykam bezkrytycznie, doceniam jako całość – i muszę przyznać, że ta muzyka dobrze znosi konfrontację z upływem czasu. W sumie to album wydany na początku roku, a nie przyćmiły go nowsze pozycje. Cieszy to, że zespół ma gęsty grafik koncertowy i można ich „upolować” w każdym zakątku kraju.

2. HETMAN – „Życie po Życiu”
Mam sentyment do grupy HETMAN, choć nie zawsze trafiała do mnie swoimi wydawnictwami. Nie zawsze bowiem pasowały mi głosy wokalistów. Nowy nabytek zespołu wynosi jednak nowy krążek formacji o ligę wyżej. I niby zespół podpiera się jubileuszem 35 lecia, ale niech to nie będzie główny powód dla którego sięgniecie po to wydawnictwo. To krążek, który zawiera mocny hard rockowy materiał i tylko szkoda że w dzisiejszych czasach musieli wydać się własnym sumptem, a nie pod skrzydłami jakiegoś dużego gracza.

3. ANIMATE – „Laudanum”
Zazwyczaj w moich podsumowaniach rocznych trafia się jakaś instrumentalna perełka. Nie inaczej jest tym razem, bo ANIMATE wysmażyli kapitalny album. Jest klimatyczny i nienachalnie progresywny. Tutaj wszystko ładnie się spina. A co ważne materiał broni się również na żywo.

4. CRYLORD – „Lost Bloody Heroes”
To w sumie projekt międzynarodowy, ale dowodzony przez polskiego gitarzystę Bogusława Balceraka. Wielokrotnie rozpływałem się nad formułą, gdzie zapraszano kilku wyśmienitych wokalistów i śpiewali oni po kilka piosenek. Od dwóch albumów CRYLORD zmienił konwencję i zaproszony wokalista śpiewa na całej płycie. Już poprzednia płyta z Goranem Edmanem za mikrofonem bardzo mi się podobała. Mark Boals z uwagi na przeszłość u Malmsteena i wiele projektów na koncie może być rozpatrywany swobodnie jako wokalista tej samej ligi. A utwory przez niego zaśpiewane na „Lost Bloody Heroes” to hard rockowa klasa.

5. tRKproject – „Alice”
Odyssey 9999 dopiero za sprawą wznowienia trafiła we mnie jak grom z jasnego nieba. Niedługo potem wsłuchałem się w album „Alice” i kurcze… ja to lubię takie klimaty. Nie dość, że ta ekipa maluje dźwiękiem niesamowite pejzaże, to jeszcze sama historia porusza jakąś melancholijną nutkę. Dobór wokalistów, to również istny „Lynxowy” dream team. Jeśli ktoś jeszcze nie słuchał – gorąco polecam – ten album zostanie z wami na dłużej.


Jeżeli chodzi o wydawnictwa płytowe, może nie był to rok wybitny, ale nie ma co narzekać, bo wgłębiając się w temat, można odkryć krocie fantastycznych, muzycznych produkcji. Pod względem koncertów, to dla mnie również chyba najbogatszy okres.

ŚWIAT:

1. KARAMAKANIC – „Transmutation”
Jonas Reingold nie jest już członkiem The Flower King, jednak na brak zajęć nie narzeka. Miedzy innymi po dziewięciu latach wskrzesił swój solowy projekt KARMAKANIC, zapraszając do nagrania najnowszej, szóstej płyty, całą plejadę znamienitych muzyków. Wyszła perełka, która niechętnie schodzi z mojego odtwarzacza. Motyw przewodni kompozycji „End Of The Road”, opętańczo wchodzi w głowę, nie można się uwolnić !

2. COSMIC CATHEDRAL – „Deep Water”
Główna postać tego przedsięwzięcia już dawno weszła na „Głęboką wodę”, bo to przecież niezmordowany Neal Morse. A towarzyszą mu: Phil Keaggy, Byron House i Chester Thompson. Choć muzycy na zdjęciu wyglądają jak główni bohaterowie ostatnich produkcji Clinta Eastwooda, to jednak werwy i muzycznego polotu mógłby im pozazdrościć nie jeden młodzieniaszek. Choć muzyka tego nowego projektu nie odbiega zbyt daleko od tego co prezentuje Neal Morse Band, jednak więcej tutaj pewnego jazzrockowego feelingu. Tytułowa kompozycja „Deep Water Suite” trwa bagatela 38 minut.

3. STEVEN WILSON – „The Overview”
Po muzycznych eksperymentach i wycieczkach w stronę rozbieżnych muzycznie estetyk, Steven Wilson bosą nogą ponownie wkracza w muzyczny świat, z którym zawsze był kojarzony, czyli w rozbudowane progresywno- ambientowe formy.  W takim muzycznym królestwie  czuje się chyba najlepiej, o czym świadczy ta najnowsza płyta, złożona z dwóch „filigranowych” utworów (pierwszy – 23, drugi -18 minut).

4. IQ –  „Dominion”
Przyznam szczerze, że na samym początku płyt mnie nie porwała. Potrzebowała czasu, żeby zakiełkować i dojrzeć. A pełnym blaskiem rozkwitła dopiero po zabrzańskich koncertach zespołu.  Teraz dopiero potrafię w pełni docenić jej niespieszne, subtelne piękno.

5. A-Z – „a2z²”
Co prawda kultowa, amerykańska, prog metalowa formacja Fates Warning zwiesiła przysłowiowe buty na kołku. Jednak członkowie tego zespołu muzykują dalej, w różnych konfiguracjach personalnych. Jedną z nich jest wspólny projekt Raya Aldera – A  i Marka Zondera – Z. „a2z²” jest drugą płytą ich pomysłu, na którym kontynuują muzykę może nieco lżejszą, bardziej AOR-ową, jednak nie pozbawioną mocy i ducha starego, dobrego Fates Warning.

POLSKA:

1. OUDEZIEL – „The Finest Hour”
Pierwsza pełna płyta OUDEZIEL, przynosi nam 45 minut muzycznego zachwytu. I to już powinno wystarczyć za cały komentarz. Muzyka trójmiejskiego tria pełna jest instrumentalnego piękna, bogactwa żarliwych, gitarowych solówek, magii klawiszowych barw i pięknych melodii. Zaproszeni goście, którzy zadbali o wokalną stronę wydawnictwa – Renato Costa i Justin Turk i oczywiście wszędobylski Derek Sherinian, wynoszą to wydawnictwo na jeszcze wyższy poziom !

2. NIECHĘĆ – „Reckless Things”
Wraz z wiekiem zmieniają się, albo precyzyjniej, poszerzają się muzyczne gusta. Alt jazzowa estetyka, to obecnie młyn na wodę moich muzycznych doznać.  W tej lidze niedościgniona jest stołeczna formacja NIECHĘĆ. Myślałem, że artystycznym poziomem nie da się przebić poprzedniej płyty – „Unsubscribe”.  Im się ta sztuka udała. „Reckless Things”, to prawdziwy  muzyczny żywioł.  A jeśli płyty tej formacji można nazwać żywiołem, to ich koncerty są prawdziwą apokalipsą!

3. NENE HEROINE – „4”
I znowu Trójmiasto. Jeżeli chodzi o muzykę NENE HEROINE, to można powiedzieć, synonim stołecznej NIECHĘCI. W obu przypadkach niebagatelną role w kreowaniu klimatu odgrywa saksofon. W kwestii muzycznej, to również żywioł, a dokładniej mówiąc 4 żywioły. Płyta jest bowiem muzyczną opowieścią „o jedności czterech żywiołów: wody, ognia, powietrza i ziemi „.  I  tak naprawdę nie ma co porównywać obydwu formacji, bo mimo elementów które ich łączą, to jednak dwa odrębne, przebogate muzyczne światy, które warto zgłębić.

4. LUNATIC SOUL – „The World Under Unzun”.
Solowy projekt Mariusza Dudy, to wiadomo, klasa sama w sobie,  od samego zarania, czyli wydania pierwszej płyty.  Jego najnowsze dzieło, to jakby kwintesencja, wszystkiego co najlepsze w stylu, który stworzył. To jakby „lunaticowa” esencja skupiona na jednym, a w zasadzie na dwóch krążkach, bo to przecież płyta podwójna.

5. BLACK LIGHT – „Future Belongs To”
Najnowsza, trzecia już w ich dorobku płyt BLACK LIGHT „Future Belongs To” wabi już samą okładką autorstwa brazylijskiego grafika Daniela Guerro, a muzyczna  zawartość tego wydawnictwa, jest równie udana co jego szata graficzna. W tej muzyce jest zarówno moc jak i przestrzeń. Metalowa i progresywna ornamentyka przenika się tutaj wzajemnie, jak dobrze zmieszany koktajl alkoholowy. To zdecydowanie najmocniejsze dzieło Krakusów.


Rok 2025 był zdecydowanie lepszy pod względem koncertowym niż fonograficznym. Ukazało się wprawdzie mnóstwo premierowych płyt. Ale czy wybitnych? Niekoniecznie. Za to kilka bardzo dobrych. I o nich parę słów ode mnie poniżej. W kilku przypadkach pozwoliłem sobie wykorzystać spostrzeżenia, które poczyniłem uprzednio w opublikowanych recenzjach tychże albumów.

ŚWIAT:

1. PURPENDICULAR & IAN PAICE – „Banned”
Doskonały przykład zespołu, który zaczynał działalność jako typowy „Tribute Band”, by z czasem przeistoczyć się w pełnoprawną grupę piszącą własny materiał. Oczywiście ich twórczość autorska nadal inspirowana jest mocno dźwiękami swoich idoli (Deep Purple – jakby ktoś dotąd nie skojarzył o kim mowa), ale robią to w sposób uroczy. Najnowszy produkt formacji to wspaniałe nawiązanie do klimatów zarówno „Fireball” jak i „Perfect Strangers”. Są intrygujące motywy, chwytliwe riffy gitarowe, świetne partie hammondów i drapieżne linie wokalu. Jest bardzo hardrockowo a jeszcze częściej progresywnie. Prawdziwą wisienką na torcie było natomiast zaproszenie do udziału w sesji samego Iana Paice’a – perkusisty Deep Purple. Gra on z pasją porównywalną do nagrań swej macierzystej grupy. Zatem „Banned” to coś więcej niż tylko miły przerywnik w oczekiwaniu na nową płytę purpurowej legendy, mającą podobno ukazać się w 2026 roku.

2. IQ – „Dominion”
Trzynasty studyjny album mistrzów neoprogresu na szczęście nie okazał się pechowy. Wręcz przeciwnie. Po sześciu latach od wydania raczej przeciętnego „Resistance” grupa powraca z bardzo ciekawą płytą. Pełną rozbudowanych, wciągających kompozycji. Świetnie wyprodukowaną i doskonale brzmiącą. Śmiało można ją postawić na półce obok wzorcowego „The Road Of Bones”. Wytrawna uczta dla smakoszy.

3. GLENN HUGHES – „Chosen”
Hardrockowy weteran po latach przeróżnych kolaboracji muzycznych (Black Country Communion, California Breed, The Dead Daisies) postanowił w końcu zaproponować coś w pełni autorskiego. Aż dziewięć lat zajęło mu stworzenie nowego albumu solowego. Ale warto było czekać. Na „Chosen” nie znajdziemy wprawdzie niczego odkrywczego, ale może i dobrze, że artysta trzyma się nurtu, za jaki pokochały go miliony fanów. To wciąż rzetelnie wykonany oldschoolowy hard rock. Przeważnie utrzymany w szybszych tempach. Niespecjalnie przy tym nawiązujący do przeszłości Glenna w Deep Purple czy Black Sabbath. Trochę brakuje tym razem klawiszowego tła na Hammondzie, ale taki właśnie pomysł na brzmienie swojej płyty miał jej autor i musimy jego wolę uszanować.

4. JETHRO TULL – „Curious Ruminant”
Po długim okresie stagnacji twórczej Ian Anderson jawi się w obecnej dekadzie jako niezwykle płodny kompozytor. Począwszy od „The Zealot Gene” średnio co dwa lata dostarcza swoim słuchaczom nowy album Jethro Tull. Najnowszy nosi tytuł „Curious Ruminant” i jest bezpośrednią kontynuacją zamierzeń artystycznych lidera zespołu znanych z wcześniejszych krążków. Aktualny skład grupy doskonale realizuje te zamierzenia. Udane są zwłaszcza partie gitar, chociaż i tak wszystko przyćmiewa jak zwykle błyskotliwa gra Andersona na flecie poprzecznym. Jest to swoista wizytówka Jethro Tull i oby tak pozostało jeszcze na długie lata.

5. HELLOWEEN – „Giants And Monsters”
Niewiele jest zespołów, w których dobrze sprawdza się połączenie dawnego składu z obecnym. A tutaj – owszem! Wszyscy się dogadują, nie kłócą i nie obrażają na siebie. I do tego jeszcze razem tworzą. Niemal dziesięć lat temu doszło do sensacyjnego reunion. Od tamtej pory rozszerzona obsada Helloween zdążyła nagrać już dwie wspólne płyty studyjne. Najnowsza jest po prostu świetna. Oto podręcznikowy przykład jak powinno się nagrywać klasyczny heavy metal.

POLSKA:

1. VARIETE – „Siec Indry”
Variete nie jest zwykłym zespołem muzycznym. To zjawisko artystyczne. Trudno obecnie przypisać jego twórczość do konkretnego nurtu. Chyba trafniejszym będzie stwierdzenie, że grupa kreuje indywidualne spojrzenie na sztukę, swój własny podgatunek w szeroko rozumianej estetyce około-rockowej. Dorobiła się autorskiego stylu. Unikalnego brzmienia. I konsekwentnie przy nim trwa. Najnowszy album „Sieć Indry” jest kolejnym krokiem na ścieżce wytyczonej przez opublikowaną równo dwie dekady temu płycie „Nowy materiał”. Artyści zapraszają nas w podróż po zakamarkach własnej kreatywności. Wspólnym mianownikiem jest wciąż trans. Psychodeliczna rytmika perkusyjna podkreślona miarową pracą basu stanowi tło dla onirycznych partii klawiszowych, delikatnie tkanych zagrywek gitarowych i sporadycznych solówek saksofonu. Nikt z instrumentalistów nie wywyższa się ponad resztę, nie ma tu niepotrzebnej żonglerki po gryfie i często karykaturalnie pojętej wirtuozerii. Każdy dźwięk ma swoje uzasadnienie. Bez łatania dziur i zbędnego grania na czas. Tu wszystko dzieje się po coś.

2. JACEK KORZENIOWSKI – „Inventauralzation”
Niesamowitym zdaje się odkrycie, iż album „Inventauralzation” jest owocem talentu zaledwie jednej osoby. Jacek Korzeniowski skomponował całą muzykę, napisał wszystkie teksty, zaśpiewał i zagrał na każdym instrumencie. Sam też przebrnął przez żmudny proces rejestracji nagrań w warunkach domowych. Niemal dekadę zajęło artyście skompletowanie pomysłów na ten krążek. Chociaż „Inventauralzation” to dopiero pierwszy w pełni solowy album Korzeniowskiego, debiutantem określać go nie należy. Z muzyką aktywnie związany jest od wczesnej młodości. W latach 80-tych wkroczył na ścieżkę rocka. Jako klawiszowiec zaistniał na pierwszej – i jakże ważnej dla rodzimego progrocka – płycie grupy Collage, „Baśnie”. W latach późniejszych przewinął się przez skład zespołu Oddział Zamknięty. Ma też za sobą współpracę z takimi artystami jak Edyta Bartosiewicz, Robert Brylewski czy Dariusz Kozakiewicz. Kilka lat temu do wspólnego muzykowania zwerbowali go natomiast członkowie OldBreakout.Niemal wszystkie wymienione powyżej kolaboracje artystyczne wymagały od Jacka Korzeniowskiego obsługi instrumentów klawiszowych. Tymczasem na „Inventauralzation” niepodzielnie rządzi gitara. Czasem akustyczna, znacznie częściej jednak w wydaniu elektrycznym. Muzyk nie stroni od eksponowania techniki „slide”. Gitarowe solówki to prawdziwa ozdoba tej płyty. Brzmią wprost fenomenalnie! Klawisze, owszem też są. Podobnie jak bujające partie basu. Jedynie w przypadku perkusji musiał się artysta posiłkować współczesną technologią. Dostajemy blues rock skrojony na modłę cudownych lat siedemdziesiątych. Odzywają się echa spuścizny Johna Mayalla, Erica Claptona, Jeffa Becka ale także Marka Knopflera. Lekko ochrypły wokal budzi dalekie skojarzenia z barwą głosu Wojciecha Waglewskiego. Imponująca mikstura najlepszych wzorców.

3. JACK MOORE & QUENTIN KOVALSKI – „Electric Neverland”
Płyta umieszczona w zestawieniu najlepszych krążków krajowych, ale de facto nagrana w składzie międzynarodowym. Quentinowi Kovalskiemu (artystyczny pseudonim wokalisty Szymona Pejskiego) towarzyszy bowiem Jack Moore, syn legenrarnego Gary’ego! Aczkolwiek zawartość dźwiękowa płyty nijak ma się do bluesowej przeszłości słynnego taty. Dostajemy tutaj miksturę starych brzmień rodem z lat 70-tych przefiltrowanych przez współczesną produkcję poprockową. Efekt? Znakomity! To trochę tak, jakby połączyć późny etap twórczości The Beatles z możliwościami duetu Smolik/Kev Fox. Niby mało realne, ale jednak można.

4. TURBO – „Blizny”
Nie spieszyło się Wojciechowi Hoffmannowi i kolegom do nagrania nowej płyty. Aż dwanaście lat upłynęło bowiem od chwili ukazania się „Piątego żywiołu”. Tymczasem „Blizny” to konsekwentne stąpanie po ścieżce klasycznego, melodyjnego heavy metalu. Są oczywiście pewne niespodzianki – chociażby duety wokalne Tomka Struszczyka z Wojciechem Cugowskim. Ogólnie jednak po staremu.

5. LUNATIC SOUL – „The World Under Unsun”
Największy nadwiślański pracoholik prog rocka (z elektronicznymi przyległościami) proponuje kolejną odsłonę swojego solowego projektu. Dzisiaj aż trudno uwierzyć, że pierwotnie Lunatic Soul miał być dla Mariusza Dudy tylko luźną odskocznią od działalności w Riverside. Z czasem przeistoczył się w pełnowymiarowy twór artystyczny. Ósma płyta ma być podobno zamknięciem tego konceptu. Czy tak będzie – zobaczymy. Faktycznie brzmi ona trochę jak podsumowanie wcześniejszych wątków. Może tylko niepotrzebnie rozbudowano ów album do formatu dwupłytowego. Wystarczyło nieco skondensować niektóre motywy, z części zrezygnować – i mielibyśmy lidera w rankingu najlepszych polskich płyt. Chociaż piąte miejsce też wstydu nie przynosi.


W sumie to nie był jakiś rewelacyjny rok. Muzycznie nic mną nie wstrząsnęło. Owszem, ukazało się kilka dobrych płyt, ale lista tytułów do podsumowania była zaskakująco krótka… o dziwo miałem większy problem wybranie piątki w kategorii Polska – bo to nasi wykonawcy nagrali sporo dobrej muzy i miałem problem z wyborem… no to lecimy…

ŚWIAT:

1. HELLOWEEN – „Giants And Monsters”
Nie mogło być inaczej. HELLOWEEN są w formie i choć nowy album nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia jak poprzedni to jednak w roku 2025 nie miał konkurencji! Melodia, motoryka, radość z grania – oby tej pary starczyło im na jak najdłużej!

2. GHOST – „Skeletá” 
Poprzedniczka (podobnie jak w przypadku Helloween) była lepsza, ale do GHOST mam słabość. Uwielbiam melodie tworzone przez Tobiasa Forge – jest mistrzem w kreowaniu wpadających w ucho motywów i buduje pozycje GHOST, który to zespół zmierza w kierunku stadionów…

3. ARJEN ANTHONY LUCASSEN – „Songs No One Will Hear”
To najlepszy album ARJENA od lat! Nie miałem żadnych oczekiwań a jak się okazało dźwiekowa wizja zagłady świata zaproponowana przez autora porwała mnie swym klimatem. Brawo! Już zwątpiłem w tego artystę a tu taka niespodzianka!

4. PARADISE LOST – „Ascension”
Przestali kombinować i od razu jest lepiej. Od kilku już albumów PARADISE LOST trzymają fason a „Ascension” jest tego najlepszym przykładem. To taki PL w pigułce do tego okraszony znakomitą okładką!

5. TESTAMENT – „Para Bellum”
Black metal i ballada na jednej płycie? „Para Bellum” proponuje i jedno i drugie. Po przeciętnym (wg mnie) „Titans of Creation” panowie z TESTAMENT nagrali mocarny album i moim zdaniem w thrash metalu są obecnie numerem jeden!

POLSKA:

1. NARRENWIND – „Gorzkie Plony”
NARRENWIND nowym wydawnictwem kolejny raz ujęli mnie swoim podejściem do muzyki. To na pewno nie black, choć zespół jest kojarzony z tą sceną, więc co? Trudno powiedzieć – znakomite poetyckie teksty (zresztą kilka z nich ma znamienitych autorów) ubrane zostały w gitarowe dźwięki i mocne wokale. Słucham ich od czasów debiutu i chyba właśnie osiągnęli swój top! Trzymam kciuki i czekam na więcej!

2. CLOSTERKELLER  – „Argento”
Na nowy album CLOSTERKELLER przyszło nam trochę poczekać, ale gdy się w końcu ukazał to wychodzi, że jest to płyta znakomita. „Argento” (srebrny) słucham regularnie i za każdym razem podoba mi się coraz bardziej. Muzycy są w formie, jest mrocznie, może mniej przebojowo, ale to w tym chłodzie i mroku oraz klimacie całości tkwi moc tego wydawnictwa.

3. PATRIARKH – „Prorok Ilja”
…i nie można było tak od razu? Po co były te spory o nazwę Batushka? Po co ten niepotrzebny hejt? Tylko dla rozgłosu? Nie wiem… wiem jedno – PATRIARKH, czyli nowe wcielenie formacji zespołu dowodzonego prze Bartłomieja Krysiuka, zaprezentowało płytę znakomitą, kontynuującą wybrane, najlepsze wzorce z przeszłości, ale wzbogaconą o niewykorzystywane do tej pory środki wyrazu.

4. HATE  – „Bellum Regiis”
To pierwszy album HATE, który… przesłuchałem w całości… z opadem szczęki. Poprzednie wydawnictwa nie wywarły na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, ale „Bellum Regiis” pozamiatał mną dokumentnie. Potężne brzmienie i znakomite pomysły muzyczne – MOC!

5. DEATH HAS SPOKEN – „Elegy”
Polacy tez death/doom grać potrafią a „Elegy” DEATH HAS SPOKEN jest tego najlepszym przykładem! Kapitalna płyta, która okupowała mój odtwarzacz a i teraz co jakiś czas do niego wraca!


ŚWIAT:

BELLE MORTE – „Pearl Hunting”
Najlepsza dla mnie płyta roku pojawiła już w styczniu. I jest nią drugi album pochodzącej z Białorusi zespołu Belle Morte. Nigdzie później nie usłyszałem tak przemyślanego, dopracowanego i do tego perfekcyjnie brzmiącego metalowego albumu. Na tym krążku zespół postanowił podążyć rzadko spotykaną obecnie ścieżką. Mianowicie postanowił w metalowych kompozycjach wykorzystać najróżniejsze lokalne i ludowe instrumenty z pochodzące z najróżniejszych stron świata. I tak otrzymujemy tutaj brzmienie celtyckiej buzuki, ukraińskiej sopiłki, mongolskich morin khuur czy pochodzącego z Armenii duduka. Co ważne ów instrumenty stanowią ważną część całego albumu. Są niejako tytułowymi perłami, których warto szukać i je wyławiać.

Na zachętę polecam tytułowy „Pearl Hunting”, „Jorōgumo”, czy też antywojenny „Krew”.

FAUN – „Hex”
Nie ukrywam, że w najnowszy album grupy Faun wsłuchiwałem się bardzo długo. Był nawet moment, kiedy niemal odrzuciłem krążek pt.; „Hex”. Uwielbiając poprzedni album, („Pagan”) ścieżka, którą zespół obrał nie bardzo mi leżała. Wszystko zmieniło się, kiedy niektóre kompozycje usłyszałem na żywo podczas krakowskiego koncertu, który odbył się z końcem września. Od tej pory album ten wciąż do mnie wraca przypominając sobie magiczne chwile z klubu „Studio”.

Kompozycje, które najbardziej polecam to: ”Belladona”, „Blot”, „Ylfa Spere”, „Hare Spell”.

SVĚTEC Z PEKLA – „Chaoticon Petra Štěpána”
Na trzecim miejscu w moim podsumowaniu znajduje się projekt , który płytą nie jest, lecz zdecydowanie zasługuje by o nim wspomnieć. Jest to film dokumentalny opowiadający o muzycznej karierze lidera czeskiego zespołu XIII. Stoleti – Petra Štěpána. Jest to dokument o tyle ważny, że zawiera na trzech płytach dvd 270 (!) minut wspomnień, muzyki, historii. Film opowiada o samych początkach muzycznej kariery Petra (punkowe H.N.F., a nawet wcześniej), aż po rok 2024. Jest to wyjątkowa skarbnica wiedzy na temat samego Stoleti jak i okoliczności powstania niektórych utworów. Co ważne jest także krótki rozdział dotyczący polskiej popularności zespołu.

POLSKA:

slave keeper - podwójna gra

SLAVE KEEPER – „Podwójna Gra”
Na najlepszy moim zdaniem polski album roku 2025 musiałem poczekać aż do jesieni. Wtedy bowiem ukazał się drugi album zespołu Slave Keeper- „Podwójna Gra”. Już słuchając pierwszego singla „Jak Feniks” wiedziałem,że to będzie doskonały album. Jednak to, co otrzymałem w postaci całego krążka zdecydowanie rozwiało wszelkie moje wątpliwości. Śmiało mogę stwierdzić tezę, że zespół jest na doskonałej drodze by stać się jedną z najlepszych metalowych grup młodego pokolenia. I nie chodzi tu tylko o idealne brzmienie, czy kompozycje. Lecz to, co wokalnie robi w tym albumie Marta Biernacka, sprawia, że słucha się tej płyty jednym tchem.

Debiut („Ślad”) mimo, drobnych błędów był albumem bardzo dobrym. Tutaj jest jeszcze lepiej, o czym świadczą takie kompozycje jak : wspomniany wcześniej „Jak Feniks”, „Złudzenie”, „Czekam Światła Dnia”, czy wreszcie fenomenalny „Ostatni Walc”.

TURBO – „Blizny”
Drugim, a zarazem ostatnim polskim albumem, który zwrócił moją uwagę w tym roku jest wielki powrót Turbo. Oj długo trzeba było czekać, aby wreszcie usłyszeć krążek okraszony tytułem „Blizny”. Jako singiel, który miał promować album wybrano „Nowy Rozdział”. I był to strzał w dziesiątkę, ponieważ już na starcie jest metalowo, zadziornie ze świetnym tekstem. Aby pozostałe kompozycje były równie dobre zaproszono gości specjalnych takich tak: bracia Cugowscy czy Generał Rajmund T. Andrzejczak.

Kompozycje, po które zachęcam sięgnąć to: „Nowy Rozdział”, W.W.W.W.”, „ Spokojny”, „Na Dno”.


ŚWIAT:

BIOHAZARD – „Divided We Fall”
Bliższy hardcore sercu niż koszula ciału, węc nie mogło być inaczej, zwłaszcza jak się jest szalikowcem kapeli z Brooklynu. Biohazard w końcu powrócił! Nie dość, że w oryginalnym składzie, to jeszcze z nową, doskonałą pod każdym względem płytą. Ciężką, brutalną i ponurą jak „Kill Or Be Killed” czy „Means To An End”, wściekłą jak „Urban Discipline” i nośną jak „State of the World Address”. Z całego swego muzycznego doświadczenia, wziął wszystko, co najlepsze, minimalizując jednocześnie zbędne ozdobniki i przesadny mariaż z hip-hopem. Połączył to wszystko z energią i pasją do grania, jakby znów był ’92.

Tu nie było wzajemnego obwąchiwania się jak przy „Reborn in Defiance”, w stylu „spotkajmy się, nagrajmy płytę i zobaczymy co wyjdzie”. Reunion Pt. 2 wyszło tym razem wybornie, bo wydanie płyty poprzedziła solidna trasa koncertowa, podczas której odżył dawny duch zespołu, spragniony wspólnego grania. Koncertowa euforia ewidentnie udzieliła się procesowi twórczemu, co zaowocowało jednym z najlepszych albumów w dorobku grupy. Brzmi wściekle, mocno, intensywnie. Bez słabej nuty – tak, jak kiedyś, gdy grało się porządny hardcore.

SODOM – „The Arsonist”
Ta orkiestra zawsze gra ekstra i od ponad 40 lat nigdy nie zawodzi, grając czysty jak wódka thrash. Czas mija, a Sodom pod wodzą niezawodnego Toma Angelrippera, kolejny raz z finezją teutońskiej nawałnicy udowadnia, że mimo upływu lat nadal ma ogromną siłę i energię by godnie dzierżyć sztandar thrash metalu i głosić jego chwałę, samemu jednocześnie zasługując na wielkie uznanie. „Arsonist” – album omalże bez wad, no może jest trochę generyczny i przewidywalny, ale w tym wypadku trudno to uznać za ujmę. W zabójczo kąśliwy sposób pokazuje, że w metalu Sodom wciąż ma coś znaczącego do powiedzenia.

BENEDICTION – „Ravage of Empires”
Angielscy weterani od lat niestrudzenie niosą światu kaganek death metalu, rozświetlający smętną rzeczywistość żywym ogniem. Tu poza składem drastycznych zmian nie ma, a sama muzyka niezmiennie od lat trzyma stały, niezwykle wysoki poziom. „Ravage of Empires” to kolejny pokaz klasy uznanej w świecie marki, jaką jest Benedition. Oldschoolowy death metal w ich wykonaniu jest niczym klasyczny wzorzec i pewniak, który w gąszczu wszelakich metalowych wydawnictw, daje stuprocentową gwarancję doskonałej zabawy.

SCOUR – „Gold”
Phil Anselmo – człek, który z niejednego pieca chleb jadł i w niejednym kotle siarkę mieszał, kolejny raz dał upust swoim fascynacjom europejskim black metalem, w najlepszy z możliwych sposobów. Tym razem, wspomagany doborowym składem (Derek Engemann, Adam Jarvis, John Jarvis, Mark Kloeppel), stworzył album mocny, ekspresywny i ekstremalnie dziki. Intensywnie nasączony grindem i death metalem, niepozbawiony jest specyficznych melodii czy pewnych, właściwych gatunkom, subtelności. Czyni to „Gold” naprawdę interesującym wydawnictwem, czerpiącym garściami literackich dzieł grozy.

DEFTONES – „Private Music”
W tym miejscu miał być Spiritworld, ze swoim „Helldorado”, czyli country westernem na slayerowską modłę, ale stało się to, co zazwyczaj w przypadku Deftones. Na początku nie chciałem się za to brać, bo to już nie to, co kiedyś, ale wystarczyło dokładnie przesłuchać ich najnowszą płytę, by solidnie chwyciła w swe macki. „Private Music” – album miażdżąco ciężki, mroczny, a jednocześnie urokliwie melancholijny. Jak to bywa w przypadku ekipy z Sacramento, z właściwą sobie gracją wypełnia luki między metalową zgrzytliwością a przyjemnie eterycznymi melodiami, tworząc urokliwie spójną i niepodrabialną całość. W tym właśnie tkwi jego siła.

POLSKA:

PATRIARKH – „Prorok Ilja”
Zastanawiałem się, czy z Batushki da się jeszcze coś więcej wycisnąć, czy jednak pozostanie zakładnikiem własnego wizerunku, wydając kolejne, podobne do siebie płyty. A tu proszę – „nowy rok – nowy ja”. Nowe oblicze, nowa nazwa i nowy album, jednak bez odcinania się od przeszłości i dotychczasowej twórczości. Słowem – stary styl w lepszym wydaniu. Bartłomiej Krysiuk w mistrzowski sposób udowodnił, że wciąż ma pomysł na zespół, tworząc rewelacyjny koncept album, wychodzący daleko poza definicję black metalu. Równie dobrze można go nazwać muzycznym audiobookiem, dającym świadectwo historii, o której pewnie mało kto już pamięta. „Prorok Ilja” to powalający album, który bez wątpienia zasłużył na miano najlepszego w roku 2025.

bez|kres – „bez|kres”
Kły ewoluowały w bardziej ulotną formę o zimnofalowym charakterze i post-punkowym zacięciu. Zapętlony w słowa jest jak zemsta na poloniście za pytania „co autor miał na myśli”. Niezwykle klimatyczne i rozległe stylistycznie wydawnictwo, wciąga, mąci w głowie i intryguje. Niby wszystko w duchu minimalizmu, ale jednak na bogato. Złote, a skromne.

HATE – „Bellum Regiis”
Pamiętam Hate z czasów, gdy koncertowali w dawno już zapomnianych wrocławskich klubach i nigdy nie akceptowałem stwierdzeń, że ze względu na stylistyczne podobieństwo, swoją twórczością stoją w (głębokim) cieniu Behemotha. Warszawska ekipa każdym albumem stawiała poprzeczkę coraz wyżej, udowadniając, że jest klasą samą w sobie, a 13 płyta w jej dorobku potwierdziła to nad wyraz dobitnie.

„Bellum Regiis” wydawnictwo bardzo dobre pod każdym względem. Imponuje rozmachem, bogactwem i złożonością aranżacji, a przede wszystkim niesamowitym klimatem. Rewelacyjne, brzmienie i ciężka atmosfera, gęsta niczym bitewny kurz nadają mu dodatkowego uroku. To wszystko przy jednoczesnym braku koniunkturalnej pretensjonalności.

W moim zestawieniu kandydatów do płyty roku 2025 było wielu, ale to właśnie Hate z łatwością zajął w tej osobliwej wojnie królów miejsce na podium, pozostawiając innych, w tym Behemotha daleko w tyle.

NARRENWIND – „Gorzkie Plony”
Zespół określił swój piąty, studyjny album „Gorzkie Plony”, jako powrót do klimatu i ducha „Mojej bolesnej śnię dobrą śmierć”. Przypomina debiut nie tylko motywem okładki, lecz również faktem, że swobodnie umyka ramom klasycznego metalu. Bardzo blisko mu również do „Ja, Dago”, lecz „Plony” prezentują trochę inny klimat, a pierwszy w dyskografii album wypada przy nich (trupio) blado. Najnowsza płyta, to wypadkowa wszystkich poprzednich wydawnictw, z mocnym naciskiem dwa wcześniej wspomniane. Oczywiście jest najlepsza pod każdym względem, dojrzalsza, intrygująca i co ciekawe, przyjemniejsza w odbiorze mimo, wciąż zaklętej w niej mrocznej melancholii. Narrewind nigdy nie tworzy muzyki łatwej i oczywistej, ale „Gorzkie Plony” to zbiór na swój sposób urzekających, niebanalnych hitów, które wpadają w ucho z łatwością „Tyrfing” i zostają tam na bardzo długo.

THE RELICTS / GRÓB – „Groźby Karalne / Żelazna Kurtyna”
Mało co mnie tak okrutnie sponiewierało, jak niniejsze wydawnictwo. Zmiotło mnie z planszy już pierwszym uderzeniem. Bardzo długo katowałem tę płytę i nic, a nic się nie znudziła. Po prostu uwielbiam takie szczere do bólu, okrutne i surowe wydanie piwnicznego metalu, bez cienia ułudy i fałszywej nuty, za to z ogromnymi pokładami pierwotnej agresji. Co z tego, że split i z dwoma (genialnymi) coverami, skoro grzeją tak, że aż się piekło rozszczelnia!
Bo fajne chłopaki nie grają rock’n’rolla, tylko metal z krwi i kości!

Lista listą, ale co najmniej grzechem byłoby nie wspomnieć tu o wydawnictwach i zespołach, które się na niej nie znalazły, a z całą pewnością zasługują na słowa uznania:
MELUZYNA – To Hell
TERRORDOME – Plagued with Violence
DORMANT ORDEAL – Tooth And Nail
OWLS WOODS GRAVES – Strix
NIHILVM – Ancient Cosmic Emanation
PRIMITIAE DORMIENTIUM – The Ash Chalice
CHAINSWORD – Chapter XII
FRIGHTFUL – What Lies Ahead
THY DISEASE – Victims Of Need


ŚWIAT:

1. LABYRINTH – „In the Vanishing Echoes of Goodbye”
O ile poszczególne single jakoś niespecjalnie do mnie przemawiały, o tyle już cała płyta zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Świetna produkcja, profesjonalne wykonanie i genialne pomysły. Po prostu bardzo dobra płyta.

2. PRIMAL FEAR – „Domination”
Wydawać się mogło, że po tak poważnej zmianie składu, zespół nie będzie w stanie nagrać czegoś zjawiskowego, przynajmniej takie miałem odczucia. Na całe szczęście rzeczywistość pokazała coś zupełnie innego. Niemcy stowrzyli jeden z najlepszych albumów w swoim dorobku.

3. AZ – „Az2
Na ten album czekałem z niecierpliwością i muszę przyznać, że nie zawiodłem się ani trochę. Godny następca debiutu i jedna z najlepszych pozycji 2025 roku, zwłaszcza jeżeli chodzi o progmetalowe klimaty.

4. SACRIFICE – „Volume SIX”
Przed premierą tegoż wydawnictwa niespecjalnie orientowałem się w twórczości tej kanadyjskiej grupy. „Volume Six” całkowicie mnie zaskoczył i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Soczysty thrash metal w najlepszym wydaniu.

5. NAILED TO OBSCURITY – „Generation of the Void”
To płyta, której poświęciłem sporo czasu. Materiał wymagający, a zarazem wciągający. Jeden z bardziej wartościowych tytułów jeżeli chodzi o klimatyczny doom/death metal.

Oprócz tego na dłużej zatrzymały mnie przy sobie wydawnictwa m.in. takich grup jak: Paradise Lost (soczysty bluzg w stronę wydawcy odnośnie ceny – jak można tak drogo sprzedawać wersję cardboard?! W ogóle obecne ceny płyt to jedno wielkie nieporozumienie, ale jak stwierdziła pewna „światła” postać ze stolycy – „taniej już było”), Amorphis (bardzo przyjemny, świetnie wyprodukowany krążek), Cradle of Filth, Battle Beast, Majestica, Dream Theater (całościowo album robi zaskakująco dobre wrażenie), Prehistoria (mocny debiut i pozytywne zaskoczenie).

POLSKA:

Zawsze mam problem z wyborem polskich płyt i to nie tylko tych najlepszych… Po prostu niewiele wydawnictw na rodzimej scenie jakoś szczególnie wzbudza u mnie silniejsze emocje.

1. PATRIARKH – „Prorok Ilja”
To całkowity wyjątek do reguły i nie będę owijać w bawełnę – wg mnie to jeden z najlepszych albumów ubiegłego roku (w ogóle). Majstersztyk pod każdym względem. Klimatyczna uczta, do której bardzo często wracam.

2. THY DISEASE – „United we Fall”
Miła niespodzianka na koniec roku. Wydawnictwo na światowym poziomie, które zwróciło moją uwagą już samą oprawą graficzną.

3. ADMINISTRATORR ELECTRO – „Potem i Tam”
Z uwagi na słabość do twórczości tego zespołu, w zestawieniu nie mogło zabraknąć właśnie tej pozycji… tak po prostu.

4. SYMBOLICAL – „Hope for Aerist”
Zaintrygował mnie ten album, choć nie poznałem go jeszcze zbyt dobrze. Niemniej jednak czuję, że jest to materiał, który przypadnie mi do gustu. Mimo przeciwności losu odciągających mnie od zespołu (niestety nie udało mi się dotrzeć na koncert), sytuację można podsumować w sposób następujący – „co się odwlecze, to nie uciecze.”

5. HATE – „Bellum Regiis”
Praktycznie od zawsze miałem problem z twórczością HATE. Niby zespół ma wszystko co trzeba – mi jednak zawsze czegoś brakowało. Tym razem jakby coś uległo zmianie, ale na ten moment ciężko powiedzieć coś więcej.


ŚWIAT:

LACRIMOSA – „Lament”
Początkowo nie byłem przekonany do tego albumu, ale jak już się przekonałem… to wylądował w Top 5 za miniony rok. Kolejne arcydzieło pana Wolffa – jest symfoniczny rozmach, melancholia, ciężkie riffy i nawet coś z punku. Niepodrabialny klimat!

PARADISE LOST – „Ascension”
Do tej płyty też podchodziłem trochę jak pies do jeża, ale pierwsze opublikowane fragmenty brzmiały bardzo obiecująco. Przegląd różnych okresów działalności zespołu w pigułce. Solidna robota!

AFI – „Silver Bleeds The Black Sun”
Post punk, gotyk… Do twarzy AFI w tym wcieleniu. „Holy Visions” – wchodzi od pierwszego odsłuchu. Nie on jeden.

AVANTASIA – „Here Be Dragons”
Udała im się ta dziesiąta płyta. Powrót do korzeni, parę przebojowych strzałów, ale też epickich utworów w ich stylu, no i jak zwykle ciekawi goście.

HELLOWEEN – „Giants & Monsters”
Drugi materiał Zjednoczonych Sił Dyniowych. Panowie nadal w formie nie tylko w studio, co pokazał rewelacyjny koncert w katowickim „Spodku”.

PS Gdyby była możliwość ułożenia dziesiątki, to znaleźliby się tam: Jethro Tull (zaskakująco udany album), Joe Bonamassa, Volbeat, White Lies i XIII Stoleti.

POLSKA:

LADY PANK – „45”
Jeśli świętować okazały jubileusz, to właśnie tak jak zrobił to Lady Pank. Nowy materiał, w którym udanie nawiązują do swojej chlubnej przeszłości, a Jan Borysewicz udowadnia, że nadal potrafi pisać przebojowe kawałki.

TURBO – „Blizny”
Kolejna zasłużona grupa, która nie zamierza spocząć na laurach. „Nowy rozdział” – tak chwytliwego utworu nie mieli od dawna. Jest moc!

BAiKA – „Czas końca złudzeń”
Piotr Banach skończył w ubiegłym roku 60 lat, ale… kompletnie tego nie słychać na nowej płycie duetu. Jest młodzieńczy entuzjazm w tym graniu, no i te kawałki błyskawicznie wpadają w ucho. Nie rozumiem, czemu BAiKA nie potrafi zdobyć dużej popularności…

CORRUPTION – „Tequila Songs & Desert Winds”
Tytuł doskonale oddaje zawartość płyty. Ogień!

ATOM JUICE – „Atom Juice”
Trudno uwierzyć, że to debiutancka płyta i że została nagrana w 2025 roku. Muzycy pełnymi garściami czerpią z bogatej skarbnicy przełomu lat 60/70 ubiegłego stulecia. Ale to nie żadna kopia, czy podróba, lecz twórcze odczytanie klasycznych inspiracji.

P.S. Wydarzenie roku – powrót na scenę Acid Drinkers w oryginalnym składzie.

2 thoughts on “REDAKCYJNE PODSUMOWANIE ROKU 2025

    1. kilka Twoich typów, owszem nawet umieściłbym w TOP10, ale kilka mi umknęło – muszę nadrobić zaległości 😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *