2022.08.05 – Off Festival – Katowice

Katowice, Dolina Trzech Stawów i słoneczny sierpniowy dzień, ach jakie to jest cudowne uczucie gdy wszystko wraca na swoje miejsce. Po dłuższej, pandemicznej przerwie  Off Festival gra po staremu.

Znowu trzeba było dokonać wnikliwej selekcji, bo Off to tym razem pięć scen, na których miało wystąpić kilkudziesięciu artystów. Tak się złożyło, że w pierwszym dniu festiwalu nastąpiła kumulacja tych wykonawców, na których występy czekałem szczególnie. Plan przygotowałem i udało się go zrealizować w stu procentach… no prawie. I było tak:

Jakub Skorupa

Odkąd trafił moje ręce album Jakuba „Zeszyt pierwszy” nie tracę go z pola widzenia. Jest ze mną wszędzie, w domu, w samochodzie, na spacerze. Zawiera niezwykle wrażliwą muzykę i teksty będące spowiedzią dzisiejszego trzydziestolatka. O jego obawach, lękach i frustracjach ale też i ciepłych wspomnieniach dni beztroskich. Może to rzecz pokoleniowa ale prawdy płynące z tych słów są uniwersalne. Jakub wyszedł na scenę wyraźnie stremowany, jakby jeszcze nieprzyzwyczajony do tak dużej publiczności, bo pomimo że występował prawie na początku dnia pierwszego to jednak przyszła posłuchać jego muzyki pokaźna liczba osób. Jeżeli miał obawy, że może coś pójść nie tak, to niepotrzebnie. Koncert był wyśmienity, a utwory z płyty zabrzmiały jakby bardziej wyraziście. Może to zasługa zadziornej gitary, bo miało się wrażenie, że jest jej więcej, a Jakub nawet zagrał w pewnym momencie solówę prawie pod Hendrixa. Najbardziej skoczny przebój z „Zeszytów pierwszych” czyli „Pamiętnik z okresu dojrzewania”, też chyba dzięki mocniejszej gitarze, stał się bardziej charakterny i w efekcie całkowicie kupił publiczność. Jakub schodząc ze sceny ciężko oddychał, widać było że dużo go ten występ kosztował ale jestem przekonany, że już niebawem zaczarowanie kilkutysięcznej publiczności stanie się dla niego bułką z masłem. W sumie nie ma wyjścia, bo kariera muzyka zmierza właśnie w tę stronę.

DIIV

Zespół DIIV darzę szczególną sympatią. W 2012 roku wydali swój debiut, którym mnie kupili całkowicie i na lata .Wyraźnie tam usłyszałem inspiracje twórczością The Cure, lecz czy mogło być inaczej? Lider amerykańskiej formacji nazywa się Smith, Zachary Cole Smith, a to już do czegoś zobowiązuje, nie? Na kolejnych płytach poszli już raczej w stronę brytyjskiego, gitarowego grania lat 90-tych, która z pewnością ich fascynuje. Dali temu wyraz muzycznie ale też i werbalnie, bo Zachary kilka razy ze sceny wspominał, że czeka na występ grupy Ride tego wieczoru. Sam koncert DIIV był po prostu cudowny. Momentami żywiołowy, momentami transowy, momentami mocny i mroczny. Uprzedzając fakty powiem, że to był dla mnie najlepszy koncert dnia. Tylko nie wiem czy potrafię być obiektywny w stosunku do DIIV. Niestety ze swojej pierwszej płyty zagrali niewiele utworów, ale był „Doused” i mogłem się przez chwilę miarowo odrywać od ziemi. Nie tylko ja. Piosenka porwała tłum. Bardzo się ucieszyłem, gdy na zakończenie zagrali numer z przygotowywanej, nowej płyty, bo brzmiało to jak powrót do początków. Czekam niecierpliwie.

Squid

Na scenie koledzy ze Squid wyglądali jak band(a) wykolejeńców z podejrzanej knajpy. Ale  kiedy zagrali na tej samej scenie widać było, że całkowicie oddają się sztuce. Zero kontaktu z publicznością, za to całkowite skupienie, pełne zaangażowanie i w efekcie totalny odlot. Zespół Squid jest rewelacją ostatnich lat. Żonglują stylami, ubierając całość w psychodelię  i poddając przeróżnym eksperymentom. Ich twórczość jest intrygująco wymagająca lecz zwolenników ma tak wielu, że nie pomieścił ich Namiot Eksperymentalny festiwalu. Wielu stało poza, mogąc się jedynie skoncentrować na słuchaniu muzyki. Choć żal mi tych, którzy nie mogli jednocześnie oglądać przedstawienia, to jednak takie kadry są budujące, bo to twórczość najwyższych lotów.

RIDE

Koncert Ride był bez wątpienia najbardziej wyczekiwanym wydarzeniem pierwszego dnia festiwalu, bo Ride to legenda brytyjskiej sceny muzycznej lat 90-tych. Na początku dekady nagrali, jedną z najważniejszych płyt tamtych lat: „Nowhere”, która stała się wzorem shoegazowej muzyki. Z zamysłem odegrania swojego debiutanckiego albumu przybyli do Katowic. Występ był fenomenalny, świetnie odegrany, świetnie nagłośniony. Ich muzyka broni się po latach całkowicie. Na scenie nie było miejsca na fajerwerki, lecz emocjonalny przekaz był nad wyraz czytelny.

Bikini Kill

Kiedyś funkcjonowało takie powiedzenie: The Rolling Stones przybywają do miasta, rodzice strzeżcie swoje córki. Teraz można by zdanie sparafrazować w taki sposób: Bikini Kill zawitało do Katowic, dzieci pilnujcie swoich mamusi. Cztery panie w średnim wieku, naładowane zbuntowanym feminizmem robiły sporo hałasu na scenie i ten przekaz mógł być bardzo sugestywny. Z jednej strony było w tym koncercie coś karykaturalnego, bo młodzieńcza rebelia nie pasowała zbytnio do postaci, z drugiej coś bardzo barwnego i szaleńczego. To jest tylko rock’n’roll ale lubię to! A rock’n’roll to swoboda wyrażania siebie w dowolny sposób i w dowolnym momencie swojego życia i  panie z tego prawa skorzystały całkowicie. A punkowa muzyka Bikini Kill jest cały czas nośna, choć to także jak w przypadku Ride grupa lat 90-tych. Zagrały na finał „Rebell Girl” i zostawiły zalążek kontestacji wśród publiczności, zdecydowanie.

Na koniec miałem zaplanowaną wizytę na występie Youth Novels, ale został przesunięty na godzinę wcześniejszą, co zbiegło się z koncertem Bikini Kill, więc musiałem się obejść ze smakiem. Niemniej pierwszy dzień Off Festivalu i tak dostarczył wiele wrażeń a teraz rozpoczęło się odliczanie do spotkanie z JAUBI, grupą Kacperczyk, Blokowiskiem, Dry Cleaning i oczywiście z …….Iggy Popem!!!

Tekst i zdjęcia: Witold Żogała

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.