PROJEKT XIII – 2022 – Ad Radices Tergum

Projekt XIII - Ad Radices Tergum

1.Futura Exito (Intro) + Ad Radices Tergum
2.Homo Politicus
3.Vládkyně Bezmocí
4.Angels
5.Vítr do peří
6.Proroctví
7.Svět je test
8.Temnà zelenà
9.Maska
10.Průvodkyně temnotou
11.Nosferatu v sítí
12.Planety vàšní

Rok wydania: 2022
Wydawca: Melody Gardos Production
http://www.facebook.com/projektxpil


Jakiś czas temu otrzymałem dość ciekawy i tajemniczy folder zapraszający mnie w muzyczną podróż. Tą reklamówką była epka „Maska” pochodzącego z Czech zespołu Projekt XIII (zobacz tutaj). Było tam zaledwie pięć propozycji spędzenia czasu z wokalnym przewodnikiem, Matějem Lipským, przyodzianym w ciemne okulary, kapelusz oraz surdut (jedną z nich znałem już z wykonania XIII. Stoleti). Owa ulotka była na tyle zachęcająca, że postanowiłem wyruszyć na wycieczkę w głąb gotyckiej ziemi, by zbadać korzenie tej czarnej i niekiedy mrocznej duszy Muzyki. Jak już wspomniałem, moim przewodnikiem słownym, ale i także – za sprawą basu i innych gitar – muzycznym jest Matěj Lipský. Na muzycznym szlaku towarzyszą mu także inni muzycy: pochodzący z Księżycowego Bractwa bębniący i klawiszowiec Tomáš Kašpar, drugi klawiszowiec Petr Maliňák oraz grający na gitarze Ivo Traxmandl. W klimatyczne intro wprowadził mnie Dan Kroft. Widać już stare mury dawnego gotyckiego opactwa, do którego zaprasza mnie piękna bileterka o długich kruczoczarnych włosach. Po przekroczeniu ciężkich bram wszystko się zmienia. Schodzę głęboko w dół – „Ad Radices Tergum” – to powrót do korzeni…

Jak wspomniałem za sprawą intra, „Futura Exito”, całkowicie zmienia się to, co dzieje się wokół. Dzięki cofającemu się dźwiękowemu zegarowi i tajemniczym klawiszom przed oczyma pojawiają się powykręcane linie klatki schodowej, po której schodzę w głąb ziemi niemal bez końca. Właściwy punkt rozpoczęcia wędrówki przekraczam w momencie pierwszych taktów kompozycji tytułowej – „Ad Radices Tergum”. To pomieszczenie, w którym rozgościła się falująca i niemal punkowa gitara basowa osadzona na falującej gitarze elektrycznej. W pierwszej komorze trudno skoncentrować swój wzrok – a raczej słuch – na jednym szczególe. Na szczęście głos Matěja mamy na uszach za sprawą tour-guide’a, dlatego też można swobodnie poruszać się po dość zimnej jak na tę porę roku komorze. Co ważniejsze nisze można dostrzec poprzez doskonałe oświetlenie punktowych reflektorów: fajna praca bębnów oraz wymiana brzmienia gitar, zarówno od czystego dającego fajne echo, aż po przestery. Wszelkie inne smaczki umieszczone w tle sprawiają wrażenie idealnie ustawionego świecznika, na którym płonie mocno już wychudła czarna świeca. W kościach czuję, że nie będę żałował tej czeskiej wyprawy, a schodząc chodnikiem w dół zauważam w innej komorze dziwną postać. To „Homo Politicus”. Tutaj już nie panuje taki chłód, a może raczej to moje ciało przyzwyczaiło się do zimnych fal powiewającego wiatru. Kapelusznik śpiewa tę opowieść dość lekko, jakby prześmiewczo. Z kolei wesoło – jakby ironicznie – skacze gitara. Klawisze wydają się być starym zakurzonym Moogiem lub dziwną harmonią nie z tego świata. W pewnym momencie niespodziewanie nad moją głową pojawia się ogromny żyrandol w postaci iście rockowego riffu, który za sprawą dość nowoczesnego brzmienia klawiszy zamiast spodziewanych świec zapala na nim energooszczędne żarówki. Rzucają one dobre światło na chodnik, którym kroczę. I chociaż przeszedłem zaledwie kilka kroków, to za plecami nie widzę już poprzedniej komory. Gdy gaśnie ostatnia żaróweczka, Pan w Kapeluszu dyskretnie poprawia swój surdut i podążamy dalej. Skręcamy kilka razy w prawo i w lewo, by po kilku schodkach wejść na niewielkie podwyższenie. Gitara basowa zapala swoje ciekawe, acz proste brzmienie. Wychylam się poza barierkę i patrzę w dół. I nagle zauważam ją – „Vládkynĕ bezmocí”. Tym razem głos mojego przewodnika jest pełen żalu i smutku, że nie może jej pomóc. Za sprawą klimatycznych brzmień wokół mnie zacząłem się zastawiać, czy właśnie tak brzmiał dźwięk słyszany przez bohatera opowiadania Edgara Allana Poe „Studnia i wahadło”? Wydaje się, że taką rolę przyjęła tu gitara. Jest groźnie, niespokojnie, a tę grozę jeszcze dobitniej uwydatnia werbel i momentami niemal Stuleciowa gitara z okresu płyty „Werewolf” połączona z niektórymi nutami artfilmowego Theriona. Zdecydowanie jeden z najciekawszych i najbardziej przeszywających momentów mojej wycieczki. Czuję się niepewnie, ale powtarzam sobie, że niewątpliwie taki klimat miał się właśnie wyczarować. Przez chwilę gdzieś echem niosą się także gotyckie organy. Czy to gra postać poniżej…? Pewna starsza dama, gdy kiedyś zastanawiałem się, jakim językiem powinienem się posługiwać u naszych południowych sąsiadów, powiedziała mi w zimnych, kamiennych murach starej wieży wówczas jedno zdanie, które całkowicie rozwiązało mój problem: „Polský a Český to je to samo…” Dlaczego o tym wspominam? Otóż od tego momentu będąc gościem w Czechii praktycznie nie używam języka anglosaskiego. Jednak co z osobami, które potrafią się porozumieć tylko w języku, którym władała Mary Shelley? Nasz Kapelusznik ma też część trasy w stronę korzeni przygotowaną właśnie dla nich, „Angels”. Za radą gitary i basu znów zadzieram głowę, bowiem w górze dzieją się rzeczy niezwykłe. Otwiera się sklepienie i w jednej chwili przed oczami zjawia się konstelacja anielskich gwiazd wraz z całym układem słonecznym. Do moich uszu dobiega trel śpiewających ptaków. Za sprawą tajemniczego głębokiego głosu mego przewodnika wszystko wokół zaczyna tańczyć niczym anioły o wielkich skrzydłach. Jest to króciutki taniec, lecz na tyle efektowny, że z początku nie zauważam zmian kolorytu. Anioły były białe – stały się czarne, pobielało niebo wokół nich, a gwiazdy przestały świecić jasnym światłem. Jestem także zauroczony grą perkusji w tej części atrakcji, bowiem nadaje ona ton grze świateł. Zaczyna wiać, nad głową jeszcze raz układ słoneczny, lecz tym razem Ziemia obraca się w przeciwnym kierunku. Sprawił to „Vítr do peří”. Kompletnie nie zwracam uwagi na otaczających mnie muzyków, którzy jak żywo stoją obok i śpiewają niemal gregoriańskim chórem. Jestem wprost zaczarowany tym, co się dzieje nad głową (a może raczej w głowie…?). Niesamowita ciężka gitara przeistacza się w konstelację klawiszy. Słońce staje się czarne, a muzycy wyglądają niczym The Cure w mojej ukochanej „Kołysance”… Klimat jest porównywalny, ale szybko znika; wiadomo, kolejny piechur za mną już czeka na swoją kolej. Żwawym krokiem kierujemy się ku innej części czarnych korzeni. Widać jasno oświetloną, otwartą księgę. Wszystko wokół tonie w mroku, stąd wrażenie, że zawieszono ją w powietrzu. Staje za nią znany mi już Kapelusznik i zaczyna czytać „Proroctví”. Tak, to ten fragment, który wyczytałem i ja na ulotce reklamującej podjętą przeze mnie wycieczkę. Wydaje mi się, że wygląda i brzmi ona tak samo, jak za pierwszym razem, choć nieco bliżej oryginału. Nerwowo rozglądam się, czy może przypadkiem nie czeka mnie niespodzianka w postaci braci Štĕpán. Nic takiego się nie dzieje, chociaż ich duch jest mocno wyczuwalny. Nic dziwnego, wszak to ojcowie czeskiego gotyku. Za mną połowa wędrówki. Chwila odpoczynku i można ruszać dalej.

Idę chodnikiem nieco w górę i przede mną ukazuje się zespół, który gra najzupełniej rockowo i absolutnie nie-gotycko. Ciekawie brzmi falująca ściana gitary, a gdzieś w tle słychać odmierzający czas zegar i szmer bluesowego strumienia. To „Svět je test” tak daje wyraźnie odpocząć od dotychczasowej zimnej i czarnej trasy zwiedzania. Idę za Kapelusznikiem dalej i przede mną pojawia się „Temnà zelenà”. Robi się trochę chłodniej, a dźwięk klawiszy zdaje się fruwać gdzieś obok. Jest to komora, w której ciekawy efekt daje echo głosu mego przewodnika, a ze ścian słychać wyraźnie inne oblicze Stoleti, „Mystery Ana”. Kapiąca ze stalaktytów woda brzmi niemal jak dzwony rurowe. Warto tutaj zwrócić uwagę na ciekawe, niemal Hammondowskie klawisze. Następna komora stanowi ofertę reklamową, którą poznałem zaznajamiając się z ofertą w postaci epki „Maska”. „Průvodkyně temnotou” nie różni się zbytnio od tego, co usłyszałem już wcześniej (może jedynie bardziej uwydatniono klawisze). Rozpoczyna ją bardzo łatwe granie gitary basowej oraz werbel, który pozwala zaistnieć magii głosu mego przewodnika, zwłaszcza w refrenie. Nie wiem jak to się stało, ale wokół Kapelusznika wyrosły nagle rozpalone świece, oświetlające tylko jego postać. Dodatkowym elementem jest ciekawa „pływająca” gitara; to jeden z tych momentów, na które czeka się przez całą wycieczkę. Doskonała kompozycja, jest ciężko, melodyjnie, efektownie, a konkretne dźwięki na długo pozostaną w mej głowie. Ciarki zjawiają się natychmiast, gdy tylko głos zostaje zdublowany i odbija się echem po ścianach, które w pewnym momencie zdają się przytłaczać ciężkimi gitarami. Błyskawicznie ratuje mnie mój Przewodnik-Kapelusznik. Lecz niestety ze smutkiem oznajmia również, że została nam do przejścia jedna komora i jazda windą do góry, na powierzchnię. Tą ostatnią komorą jest pomieszczenie, w której zasiada „Nosferatu v sítí”. Mój przewodnik próbuje gdzieś w czeluściach odnaleźć słynnego wampira, a robi to za sprawą rockowego i skocznego grania. Idealny moment, by powoli żegnać się z Projektem. Pozostaje jeszcze tylko wsiąść do windy i przy dźwiękach punkowych „Planety vàšní” szybko wyjechać na górę, gdzie wita mnie szarość dnia.

Była to niezwykle ciekawa i pasjonując wyprawa, która na długo pozostanie w mej pamięci. Pierwotne wykonanie „Ad Radices Tergum” odbyło się w praskim planetarium, zaś drugie będzie z pewnością jeszcze ciekawsze. Koncert, który zaplanowany jest na 27 maja 2023 roku odbędzie się w jaskini Výpustek na Morawskich Krasach. Bez wątpienia zagości tam magia.

8/10

Mariusz Fabin

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.