Podsumowanie roku 2021 – cz II

Zapraszamy do naszego tradycyjnego, redakcyjnego podsumowania minionych dwunastu miesięcy. Dziś część druga, w której swoimi typami dzielą się: Marek Toma, Robert Dłucik i Patryk Pawelec.


MAREK TOMA

POLSKA:

Jeżeli chodzi o rodzime albumy, trzeba przyznać, że było w czym wybierać. Trudno mi było zdecydować się na tą potencjalną najlepszą piątkę. Albumów na piątkę było zdecydowanie więcej!

LESS IS LESSIE –  The Escape Plan
W przypadku tej płyty, to nie tylko znakomita  muzyka. To absolutnie świetnie zrealizowany, niezwykle oryginalny  pomysł  jako całość. Naciskając przycisk, można było znaleźć się, w nie najbardziej znanych zakamarkach Wrocławia, nie ruszając się z miejsca

AMAROK – Hero
Michał Wojtas nagrał w tym roku taką płytę,  jakiej nie nagrał  Steven Wilson. Tutaj nie ma chłodnych bitów, ale przestrzeń.

LIGHT ENTANGLEMENT MACHINE
Twórczość Stanisława Lema, to oczywiście słowa.  Jego fantastyka została doceniona przez krakowskie, progresywne, środowisko i wyrażona bez słowa, przez fantastyczne dźwięki.

ABYSAL – Explorer Of The World
Koncepcyjnych muzycznych podróży w przestrzeń kosmiczną było w tym roku wiele. Jedną z piękniejszych (ale nie jedyną tegoroczną ) zafundował nam śląski gitarzysta i muzyk Adam Jurczyński na swym solowym projekcie ABYSAL.

KRUK – Be There
Hard rockowa płyta z wokalem i muzyką, jakiej powinni pozazdrościć im najwybitniejsi przedstawiciele tego gatunku.


ŚWIAT:

WHEEL – Resident Human
Można odczuć wrażenie, że to młodszy brat SOEN. Podobny klimat i ciężar gatunkowy. Więc czemu nie  SOEN w tym miejscu? SOEN przyzwyczaił nas już do wybitnych albumów i de facto znowu nie zawiódł. Finowie wygrywają jednak swoją bezkompromisowością, witalnością, motoryką i świeżością.

VIENNA CIRCLE – Secrets of the Rising Sun
8 lat minęło od ukazania się poprzedniej płyty braci Davis. Niestety już nie braci, bo obecnie to praktycznie solowy projekt jedynego z nich – Paula Davisa. Muzyka na szczęście nadal zachwyca, jak w przypadku poprzedniej płyty. Wiadomo, trudno konkurować z grupą CAMEL i boskim klimatem gitary Andiego Latimera.  Słuchając jednak gry Paula Davisa, można poczuć podobne emocje, jak przy słuchaniu ponadczasowego „Ice”.

TRANSATLANTIC – The Absolute Universe Forevermore
Nic na to nie poradzę, że mam  ogromną słabość do muzycznego klimatu, gdzieś pomiędzy estetyką Spock’s Beard a The Flower Kings  i progresywnych, rozbudowanych długasów jakim zwykle raczy nas ta międzykontynentalna supergrupa. Można zarzucić im, że grają muzykę nadętą, jak te okładkowe sterowce. I co z tego! Najważniejsze że zabierają mnie każdorazowo, w fenomenalną muzyczną podróż.

DREAM THEATER – A View From The Top Of The World
Miniony rok przyniósł wiele świetnych prog metalowych produkcji. Najnowsza płyta zespołu ugruntowała mnie jednak w przekonaniu, że jeżeli chodzi o prog metalowe królestwo, król jest tylko jeden. Chociaż kilka poprzednich albumów sprawiło, że zapachniało detronizacją.

VOLBEAT – Servant Of The Mind
Czy można grać zadziornie i ostro jak METALLICA, a zarazem słodko i przebojowo niczym ABBA ? Można!


ROBERT DŁUCIK

Kolejny ro(c)k w cieniu wirusa… Przekładane koncerty i festiwale, ale za to wysyp nowych wydawnictw. Ciężko było wybrać zagraniczną piątkę w tej klęsce urodzaju… Paradoksalnie – jeszcze trudniej kombinowałem z rodzimym zestawieniem, chociaż z innego powodu. Parafrazując klasyka: jakoś nic szczególnie nie rzuciło mi się na uszy. Ograniczę się więc tylko do jednej kategorii.

ŚWIAT:

SOEN – Imperial
Kolejny świetny album w dyskografii tego zespołu. Kopalnia błyskawicznie wpadających w ucho, melodyjnych utworów.  Płyta praktycznie bez słabych punktów. Jak oni to robią?

HELLOWEEN – Helloween
Spektakularny powrót legendy power metalu. Takie reaktywacje nie zawsze przynoszą udane efekty na artystycznym polu (Yes – „Union”), ale tutaj wszystko zagrało perfekcyjnie. Dyniowa flota zjednoczonych sił pokazała młodszym kapelom jak powinno się grać taką muzykę…

MINISTRY – Moral Hygiene
Zaskakująca zwyżka formy lidera. Nie spodziewałem się po tym zespole tak dobrego materiału. Ścieżka dźwiękowa pandemicznych czasów.

JOHN MAYER – Sob Rock
Ósmy album tego artysty i piękny ukłon w stronę rockowej dekady lat osiemdziesiątych, od okładkowej ilustracji począwszy. Ale bynajmniej nie mamy tutaj do czynienia z odgrzewaniem muzycznych kotletów…

JOE BONAMASSA – Time Clock
Ciut słabsza płyta od poprzedniczki, ale Joe nadal trzyma wysoki poziom.


PATRYK PAWELEC

Osobiście nie podzielam euforii co poniektórych redakcyjnych kolegów w związku z zalewem zeszłorocznych wydawnictw spowodowanego przez wciąż trwający krach na rynku koncertowym. Kolejne nowości, nawet te proponowane przez artystów o ugruntowanej pozycji tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że wszystko już było. Większość mojego muzycznego roku 2021 upłynęło mi na powrotach do klasyki oraz, w związku z przeprowadzką do Niemiec, pierwszym tak intensywnym eksplorowaniu niw krautrockowych. Niemniej jednak udało mi się wyróżnić tradycyjne piątki z Polski i świata, a są to:

POLSKA:

FURIA – Furia w Śnialni
Przeczytałem kiedyś w “Teraz Rocku”, o ile dobrze pamiętam w kontekście “Mutter”, trzeciego longplaya Rammstein, że cyt. “wszystko co zespół nagrał do tamtej pory sprawia wrażenie preludium do tego albumu.” Mógłbym śmiało odnieść te słowa do twórczości Michała “Nihila” Kuźniaka, który wraz ze swoją macierzystą formacją Furia popełnił najprawdopodobniej apogeum swojej muzycznej kariery. Na “Furii w Śnialni” doświadczyłem absolutnie wszystkiego co najbardziej lubię w muzyce rockowej i metalowej. Wydawca albumu, świeckie Pagan Records opisuje zawartość płyty jako “experimental black metal/musical drama”. Wydaje mi się, że drugie z tych określeń jest o wiele bardziej właściwe dla tego materiału, ponieważ black metalu, nawet w jego “eksperymentalnej”, cokolwiek ma to oznaczać, formie jest tu stosunkowo niewiele. Zamiast nieszczególnie przeze mnie lubianych growli w typie wujka Varga mamy tu sporo melodeklamacji wykonanych przez lidera Furii całą paletą tembrów głosu. Jeśli idzie o samą warstwę muzyczną to ciężkie, metalowe riffy oczywiście są, ale całość jawi się bardzo progresywnie, powiedziałbym nawet, że floydowsko z tym, że tak jakby David Gilmour nagle wpadł na pomysł zamienienia swojego Strata i palety phaserów na wysłużonego Warlocka i jakiś nie najlepiej utrzymany leciwy już wzmacniacz z tendencją do naturalnego brumienia, a Roger Waters nauczył się języka polskiego. Polecam “Furię w Śnialni” każdemu kto chce przeżyć podróż w mroczne zakamarki swojej świadomości. Tak jak powiedziałem, jest to absolutnie najlepsze dzieło Nihila, lepsze niż “Piekło.Labirynty.Diabły”, niż “Martwa polska jesień” nawet.

KULT – Ostatnia płyta
Po genialnej solowej “Zarazie” Kazik Staszewski nagrał kolejny wspaniały album, tym razem ze swoim macierzystym zespołem. Czasem gdy słucham różnorakich równie genialnych dokonań wokalisty z różnych okresów i w różnych składach, zastanawiam się czy to możliwe, żeby Kazik się kiedykolwiek “skończył”, jak to przekornie śpiewał w jednym z utworów z płyty “Bar La Curva” KNŻ. Jedynym moim zastrzeżeniem co do tej równie przekornie (mam nadzieję) zatytułowanej płyty jest niepotrzebne przeplatanie materiału muzycznego odczytywanymi przez Staszewskiego fragmentów swojego dziennika z czasów pre-kultowego zespołu Poland. Lepiej by było gdyby wypuścił je oddzielnie w formie audiobooka.

LADY PANK – LP40
Jubileuszowy album legendarnej grupy Jana Borysewicza jest całkiem udaną symbiozą “klasycznego” brzmienia Lady Pank z tym bardziej nowoczesnym, pielęgnowanym od “Takich samych” wzwyż. Głos sześćdziesięciopięcioletniego Janusza Panasewicza brzmi dostojnie i melodyjnie, a do tego wokalista artykułuje swoje partie w poszczególnych numerach na różne sposoby, bo np. w otwierającej płytę “Ameryce” śpiewa z taką nieco “zmęczoną” barwą, co mogłoby zdradzać, że już nie daje rady, jednak już w następnej w kolejności “Spirali” wraca do swojej standardowej skali. Przy okazji tej płyty do współpracy z zespołem powrócił nieobecny na “Miłości i władzy” oraz “Zimowym graffiti 2” jego współzałożyciel, tekściarz Andrzej Mogielnicki, szkoda, że jako autor tekstu tylko jednego utworu (“Erazm”).

LUXTORPEDA – ELEKTROLUXTORPEDA
Miałem mieszane odczucia widząc zajawki zapowiadające to wydawnictwo albowiem przy mojej wrodzonej niechęci do wszelkiego rodzaju remiksów byłem pewien, że tuż po swoim najlepszym albumie w dotychczasowym dorobku jakim niewątpliwie było “Anno Domini MMXX” ekipa Litzy wypuści takiego pawia. Ponieważ jednak jestem z Luxami niemal od początku istnienia kapeli, to postanowiłem dać temu wydawnictwu szansę i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że żadne to remiksy, a ponownie nagrane, niektóre w naprawdę ciekawych aranżacjach utwory, w tym “Rausokrytes”, czerpiący z dwóch starszych numerów, “Raus” z “Robaków” i “Hipokrytesa” z “…A morał tej historii mógłby być taki, mimo że cukrowe, to jednak buraki”. Zamiast jakiegoś remiksowego kwiatka otrzymaliśmy naprawdę wartościową ciekawostkę w dyskografii.

NOCNY KOCHANEK – Stosunki międzynarodowe
Ten album zakończył mój pięcioletni rozbrat z Nocnym Kochankiem, który zaczął się po tym jak po, tak mi się wtedy wydawało, winnym być traktowanym z przymrużeniem oka “Hewi metalu”, gdy zamiast trzeciej płyty firmowanej szyldem Night Mistress muzycy nagrali zawierających najbardziej wtórny heavy metal na miarę zlotów motocyklowych “Zdrajców metalu” okraszony prymitywnymi lirykami (nawet z perspektywy czasu zaakceptowałem tylko dwa pierwsze utwory z tamtego LP), i zaczął się ten wielki hype na nich, który w moich oczach potwierdził prymitywność gustów większości Polaków lubujących się w ciężkich brzmieniach. Potem były jeszcze słabsze “Randka w ciemność” i “Alkustycznie”, aż w końcu zespół zaproponował materiał, który ponownie mnie do nich szczerze przekonał. Dziewięć klasyków rockowego grania w naprawdę fajnych aranżach (“Daj mi siebie”, czyli zeppelinowe “Whole Lotta Love” naprawdę kopie w takiej przyspieszonej, ożywionej wersji, podobnie “Rób mi tak”, czyli “Walk This Way” z repertuaru Aerosmith) okraszonych tekstami będącymi zabawnymi kalkami językowymi coverowanych numerów. Ten album mogę w końcu uznać za rzetelne uzasadnienie argumentów, którymi zwolennicy autorskiej twórczości grupy ją bronią przed tymi, który stoją wobec niej w krytycznej opozycji, czyli, że to celowa parodia, do której trzeba mieć dystans. Tutaj w końcu to działa. Zamiast wymyślając coraz to głupsze teksty o kebabach, cyckach, wódeczce i innych rozkoszach ziemskich odpowiadających typowym dla narodu polskiego prymitywnym potrzebom natury ludzkiej, wzięli na warsztat klasykę, energetycznie ją zaaranżowali i sporządzili liryki, które, mimo iż są kalkami językowymi, to jednak oddają najważniejszą istotę przekładu, jaką jest dostosowanie stylu tłumaczonego tekstu do percepcji adresata, przy jednoczesnym zachowaniu klimatu oryginału (wokalista NK, Krzysztof Sokołowski, podobnie jak moja skromna osoba jest z wykształcenia anglistą).

ŚWIAT:

ACCEPT – Too Mean to Die
Do poziomu “Blood of the Nations”, czyli pierwszej płyty nagranej z Amerykaninem Markiem Tornillo w miejsce Udo Dirkschneidera ponownie nie udało się doskoczyć, szczególnie, że w chwili obecnej poza przewodzącym grupie gitarzystą Wolfem Hoffmannem nie ma już żadnych muzyków klasycznej konfiguracji personalnej (w chwili reaktywacji na pokładzie było trzech oraz grający już wcześniej na “Death Row” z 1994 Stefan Schwarzmann, czyli poza wokalistą żadnych świeżaków), ale najnowszy album śmiało można uplasować na drugim miejscu w hierarchii tych, które powstały bez Dirkschneidera w składzie. Brzmienie gitar miejscami przypomina najlepsze dokonania kwinte… teraz już sekstetu z Solingen, a intro do “Overnight Sensation” stanowi sympatyczny autoplagiat “Midnight Mover” z “Metal Heart”. Zaś w “Symphony of Pain” Hoffmann wplata w riff początkowe nuty 5. Symfonii Beethovena. Naprawdę dobra płyta, która mimo braku kluczowych muzyków brzmi jak Accept.

EVANESCENCE – The Bitter Truth
Evanescence pamiętam jako grupę z pierwszych stron czasopism w rodzaju “Bravo” czy “Popcorn” z okolic 2003 roku, kiedy to wybuchł krótkoterminowy boom na tę kapelę wśród popularnej wówczas w Polsce subkultury emo związany z premierą debiutanckiego “Fallen”. Najnowszy krążek to kawałek solidnego rocka alternatywnego, a singlowy “Use My Voice” na stałe zagościł na mojej codziennej playliście.

FOO FIGHTERS – Medicine at Midnight
Zauważyłem, że grupa Dave’a Grohla coraz bardziej podąża w kierunku rocka środka co było słychać już na poprzednim albumie, “Concrete and Gold” z 2017 roku. Sam nie wiem, która odsłona twórczości podoba mi się najbardziej, czy ta pierwotna, post-grunge’owa, czy ta późniejsza hardrockowa, czy ta obecna. Wydaje mi się, że Foo Fighters nie nagrali jeszcze płyty będącej wyraźnie słabszą od pozostałych. Każdą z dotychczasowych cenię jednakowo, aczkolwiek, właśnie z uwagi na tę różnorodność, nie można mierzyć poszczególnych albumów tą samą miarą.

ROYAL BLOOD – Typhoons
Podobnie jak wyżej, kolejne udane zbliżenie do mainstreamowego złotego środka. Charakterystyczny styl gry na gitarze basowej Mike’a Kerra, który z założenia ma wypełniać przestrzeń zarówno gitary jak i basu przy objęciu bardziej tanecznej stylistyki naprawdę fajnie buja i może się podobać każdemu.

IRON MAIDEN – Senjutsu
Cóż, wrzucam chyba tylko przez względy sentymentalne, bo poza wyśmienitymi utworami singlowymi oraz bardzo dobrym “Days of the Future Past” jest to dość twardy orzech do zgryzienia i nie przekonują mnie opinie maidenowych fanboyów i metalowych boomerów z grupek na Facebooku, że do tej płyty trzeba dojrzeć lub, że, jak mi to zasugerował w komentarzu jeden z wyżej wymienionych cyt. “być może jest to dla ciebie muzyka zbyt trudna”. Poza tymi trzema numerami, które gwarantują “Senjutsu” miejsce w mojej piątce to jednak jest to buła. Drugiego dysku mogłoby w ogóle nie być lub mógłby być chociaż nieco bardziej skondensowany. Bo przy aż tak przesadnie rozbuchanej różnorodności zaczyna trącać nudą.

1 thought on “Podsumowanie roku 2021 – cz II

  1. W pierwszym utworze na płycie Lady Pank śpiewa Jan Borysewicz, nie mylić z Januszem Panasewiczem. Może stąd wokal ciut inny niż w utworze drugim. Pozdrawiam gratulując doskonałego słuchu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.