Podsumowanie roku 2020 – cz I

Podsumowanie roku2020

Tradycyjnie, początek nowego roku to wszelakiej maści podsumowania. Jak wyglądał rok 2020? Dla branży muzycznej był niezwykle ciężki. Koronawirus sparaliżował życie koncertowe i w zasadzie w tym obszarze działo się bardzo niewiele (krótka “odwilż” latem). Jaki więc był ten rok pod względem muzycznym, wydawnictw które miały swoja premierę? Zapraszamy do lektury pierwszej części redakcyjnego podsumowania minionych dwunastu miesięcy.


ROBERT DŁUCIK

Za nami wyjątkowo trudny rok dla całej kultury. Pandemia, odwołane koncerty, festiwale… Dobrze, że ciekawych wydawnictw – zwłaszcza na świecie – nie brakowało w poprzednich dwunastu miesiącach.

Polska
LUNATIC SOUL – Through Shaded Woods
Zaskakująco akustyczna płyta jak na dokonania Mariusza Dudy pod tym szyldem. Ale wciągająca klimatem. No i ta przepiękna ballada na finał…

NANGA – Cisza w bloku
Lao Che rzeko fanom „cze”, a ponieważ życie nie znosi pustki, więc dwóch muzyków grupy zaproponowało Nangę. I jest intrygująco, nawet bardzo…

KAZIK – Zaraza
Znam parę lepszych (muzycznie) solowych dzieł Kazika, no ale żadna płyta nie narobiła ostatnio takiego zamieszania w Polsce jak ta. Z ostatecznym krachem radiowej Trójki włącznie…

PINK FREUD – piano forte brutto netto
Jazzowy skład, ale jak najbardziej rockowe granie. I to na wysokim poziomie!

MICHAŁ GIERCUSZKIEWICZ – Wolność
Smutna płyta, bo jej „spiritus movens” niestety opuścił ten ziemski padół tuż po premierze. Sesja przyjaciół, znakomitości (przede wszystkim śląskiego) bluesa, rocka i jazzu. Kolorowa, zróżnicowana płyta.


Świat
OMEGA – Testamentum
Trzy bolesne ciosy spadły na legendę węgierskiego rocka pod koniec 2020 roku. Ten muzyczny testament – którego premierę przekładano ze względu na pandemię – ukazał się w cieniu żałoby. Wydany w ascetycznej, białej okładce album przynosi porcję świetnej muzyki. Premierowe utwory, wymieszane ze starszymi kompozycjami grupy, a wszystko zagrane z symfonicznym rozmachem i hardrockowym pazurem.

AC/DC – Power Up
Niespodziewany album, bo w obliczu śmierci Malcolma Younga oraz kłopotów ze zdrowiem Briana Johnsona należało raczej szykować się na ogłoszenie muzycznej emerytury przez australijską ikonę. Tymczasem panowie wypuścili jeden z najlepszych albumów w karierze. Przyrządzony z doskonale znanych patentów, ale zagrany z młodzieńczą werwą. Jak oni to robią?

JOE BONAMASSA – Royal Tea
Jeden z najbardziej zapracowanych muzyków świata po raz kolejny nisko kłania się brytyjskim mistrzom rocka i bluesa. Ciekawa, zróżnicowana gatunkowo płyta, która niekoniecznie musi spodobać się za pierwszym razem. Ale z każdym kolejnym smakuje coraz lepiej. No i oprawa graficzna – sztos!

DEEP PURPLE – Whoosh!
Szacunek, że wciąż im się chce. Mogliby spokojnie odcinać kupony, grać „Smoke On The Water” ku uciesze publiczności, tymczasem weterani postanowili… poeksperymentować. Wymieszali sprawdzone grepsy z zaskakującymi rozwiązaniami i … efekt końcowy jest naprawdę udany.

PARADISE LOST – Obsidian
Dla mnie najciekawsza, najpiękniejsza ich płyta od czasów „Draconian Times”. Jest na niej wszystko to, za co kiedyś pokochaliście Paradise Lost…

Z zagranicy chętnie bym machnął pełną dychę, bo nie zmieścił się najlepszy od lat album Pearl Jam, najlepszy od (wielu) lat krążek Wishbone Ash, Springsteen, Dylan, Gazpacho…


WITOLD ŻOGAŁA

Okazało się, że wybór najlepszych albumów 2020 nie był wcale prosty. Miniony rok obfitował w świetne płyty i wyselekcjonowanie dziesiątki z nich jako najlepszych, było praktycznie niemożliwe. Dlatego w dniu w którym przystąpiłem do pracy nad nimi wyszło mi jak poniżej, ale pewnie gdybym pokłonił się nad tematem w innym terminie czołówka wyglądałaby już zupełnie inaczej. Na aktualnie zaproponowanej liście zabrakło miejsca na przykład dla genialnego wydawnictwa Boba Dylana „Rough and Rawdy Ways”, czy doskonałej propozycji Fiony Apple „Fetch the Bolt Cutters” i jeszcze dla Paula Wellera, Porridge Radio, Olafura Arnaldsa, The Pineapple Thief, Psychodelic Furs, Flaming Lips, ufff… i to ciągle nie wszystko. Cóż, niech będzie tak:

Polska:
THE FREUDERS – Warrior
Kibicuję kolegom z The Freuders od pierwszej płyty, a oni moją sympatią odwzajemniają kolejnymi świetnymi wydawnictwami. Nie inaczej jest z albumem Warrior, to gitarowa alternatywa z najwyższej półki. Tutaj wszystko się zgadza, są mocne brzmienia i delikatność jednocześnie, są ładnie melodie i zarazem niebanalne rozwiązania . Jednym zdaniem Warrior jest idealnie wyważony. I mam przeczucie, że najlepsze w ich wykonaniu jeszcze przed nami.

HANIA RANI – Home
Hania Rani czerpie chyba inspiracje z kosmosu, bo inaczej nie da się zdefiniować jej nieziemską twórczosć. Delikatność muzyki i głosu artystki jest unikatowa. Home wyraża przekonanie, że w dzisiejszych, niepewnych czasach możemy, mimo wszystko osiągnąć wewnętrzną harmonię i własne miejsce tu i teraz. Z muzyką Hani jest to możliwe od zaraz.

WAGLEWSKI FISZ EMADE – Duchy ludzi i zwierząt
Można by powiedzieć, że to typowa muzyka dla nazwiska Waglewski. Można by powiedzieć, że jak zwykle z tekstów sączy się inspirująca mądrość. Wszystko powyższe to prawda. Taka właśnie jest płyta Duchy ludzi i zwierząt. Całość przepięknie otwiera i spaja piosenka „Ziemia”. Dla mnie osobiście jest to najlepszy utwór roku 2020.

ARTUR ROJEK – Kundel
Najnowsza propozycja Artura Rojka po pierwszym kontakcie nie trafiła. Każde kolejne przesłuchanie przybliżało do całkowitego polubienia. Tak to jest z muzyką i tekstami, którym wielokrotnie trzeba poświęcić całkowitą uwagę. I w końcu kupuję Kundla nawet, z tym nadmiarem elektroniki jak na Rojka.

WOJCIECH CIURAJ – Dwa żywioły
Dla mnie Wojciech Ciuraj jest bohaterem nie mniejszym od tych, o których śpiewa. Konsekwentnie robi swoje, i mocnym krokiem przemierza swój czas. Wziął na warsztat niełatwy i niepopularny temat Powstań Śląskich i postanowił opowiedzieć o tamtych wydarzeniach za pomocą muzyki. Fantastyczna sprawa, bo o takich ludziach jak Andrzej Mielęcki nie powinno się nigdy zapomnieć. Dwa żywioły to druga płyta z planowanej trylogii i tym razem już zdecydowanie popłynął w stronę progresywnych brzmień. Świetna rzecz.


Świat:
FONTAINES D.C. – A Hero’s Death
Kiedy wydało się genialny debiut, to druga płyta może stać się problemem. Ale jeszcze większym problemem dla Fontaines D.C. okazały się być trudy trasy koncertowej promującej pierwszy album i rosnąca popularność. I rzeczywiście A Hero’s Death przynosi inną muzykę niż Dogrel, bardziej stonowaną, depresyjną, refleksyjną, oddającą aktualny stan ducha zespołu. Nie od dziś wiadomo, że cierpienie może być dla twórcy bardzo inspirujące, więc ostatnie wydawnictwo Irlandczyków okazało się być znów fantastyczne. I w taki sposób potwierdzili swoją klasę.

AC/DC – Power Up
W 1980 roku AC/DC wypuścili w Świat genialną płytę Back In Black i złożyli ją w hołdzie zmarłemu rok wcześniej wokaliście Bonowi Scottowi. Cztery dekady później AC/DC wydaje wyśmienity album dedykowany kolejnemu nieobecnemu muzykowi grupy Malcolmowi Youngowi. Przez minione czterdzieści lat poza składem osobowym nic w twórczości i brzmieniu grupy się nie zmieniło. Znowu jest głośno, znowu jest energetycznie, znowu trafiają na szczyty list bestsellerów płytowych prawie na całym globie. Są bardziej wiarygodni niż jakikolwiek motywacyjny trener, próbujący ci wpoić: bądź sobą. Ale to naprawdę działa!

PAUL MCCARTNEY – McCartney III
Najnowszą płytę Paula McCartneya można by nazwać największą niespodzianką wydawniczą roku 2020-tego. Pojawiła się bez zapowiedzi, tuż przed gwiazdką, no piękny prezent przygotował swoim fanom przesympatyczny ex-Beatles. Nazywa się McCartney III , bo nawiązuję do poprzednich dwóch albumów wykonanych metodą chałupniczą (wydanych w 1970 i 1980 roku). Tutaj można byłoby się obawiać jakości, bo wcześniejsze płyty nagrane wyłącznie własnymi siłami, nie były najwyższych lotów. Natomiast „trójka” jest dopracowana niemal do perfekcji!

BRUCE SPRINGSTEEN – Letter to You
Bob Dylan wydał w 2020 roku genialną płytę Rough and Rawdy Ways, ale ten który przez lata czerpał garściami z twórczości noblisty, także zameldował się w tym samym czasie z albumem wybitnym. O ile Dylana słuchają wybrani, o tyle Springsteen jest narodowym bardem i pieśniarzem USA, którego uwielbiają miliony Amerykanów. Tym razem do głębokich przemyśleń o przemijaniu, sprowokowała Bossa ostatnia strata jego najbliższych przyjaciół. W efekcie powstała cudownie refleksyjna i muzycznie dla niego typowa, piękna płyta „Letter to You.

ANIMAL TRISTE – Animal Triste
Debiut Animal Triste złapał od pierwszego słuchania. Francuzi nie proponują czegoś bardzo nowatorskiego ale ich muzyka zatopiona w szlachetnym popie lat osiemdziesiątych , z ogromną dawką wpadających w ucho melodii jest fantastyczna. Nawet ich wersja kultowej piosenki Bruca Sprinsteena Dancing In The Dark jest rewelacyjna. Płyta jest krótka, trwa tylko 34 minuty, ale nie zmarnowali ani jednej sekundy.


PATRYK PAWELEC

Polska:
VADER – Solitude in Madness
Kiedyś w Metal Hammerze natrafiłem na taką opinię o wychodzącej wówczas płycie Acid Drinkers “La Part Du Diable”, że jest ona niczym “Wizyta starego dobrego kumpla. Niezobowiązująca, a dająca ogromną radochę.” Wydaje mi się, że z nowszymi albumami Vadera jest podobnie Niby każdy kolejny album olsztyńskich weteranów od “Impressions in Blood” wzwyż brzmi tak samo, a jednak każdy z nich to oddzielna historia i do każdego chce się co jakiś czas wracać. Nie inaczej jest z tą płytą. Parafrazując słowa Jarosława Szubrychta z oficjalnej biografii grupy: “Solitude in Madness nikogo nie zaskoczył, za to wszystkich uradował, bo był po prostu świeżą porcją krwistego vaderowego mięcha.”

ME AND THAT MAN – New Man, New Songs, Same Shit, Vol.1
Jak dla mnie to ten album nie ma absolutnie nic wspólnego z wydanym pod tym samym szyldem albumem “Songs of Love and Death” z 2017 roku poza samą osobą Nergala. O ile duet tworzony z Johnem Porterem uzupełniony o Wojtka Mazolewskiego i Łukasza Kumańskiego można było uznać za regularny zespół, to Me And That Man na swoim drugim albumie jawi się raczej jako kolektyw artystów reprezentujących różne muzyczne światy skupionych wokół lidera. I to dało znakomity efekt, ponieważ mamy tu przegląd najróżniejszych klimatów, które razem tworzą spójną całość. A dla mnie jako fanatyka Tarantino, a “Death Proof” w szczególności promujący całość utwór “Run With The Devil” (oraz towarzyszący mu teledysk) to kawałek na miarę soundtracku do dziesiątego filmu Mistrza.

KAZIK – Zaraza
Szczerze przyznam, że jeżeli chodzi o solowe płyty Kazika Staszewskiego, to “Zaraza” tworzy dla mnie tryptyk ze “Spalam się” i “12 groszami”. Najnowszy album lidera Kultu to rzecz wielka. Warstwa liryczna jak zwykle aktualna i w punkt, zaś melodie stworzone z gitarzystą swojego głównego zespołu Wojciechem Jabłońskim oraz klawiszowcem Konradem Wantrychem (który w drugiej połowie roku również dołączył do Kultu na miejsce Janusza Grudzińskiego) odbiegają stylistycznie od estetyki grupy, a jednocześnie mają z nią coś wspólnego. Majstersztyk.

LUXTORPEDA – Anno Domini MMXX
Jest to pierwszy album Luxtorpedy, który poziomem geniuszu doskakuje do rewelacyjnej jedynki. Przez kilka lat wydawało mi się, że grupa Litzy coraz bardziej oddala się od swoich surowych korzeni, a tu proszę. Gitary wyraźniej mroczniejsze niż na dwóch poprzednich albumach, o wiele więcej thrashowej agresji, z której wywodzi się lider grupy, a jednocześnie to wciąż ten sam zespół i ta sama konwencja.

KULT – Live Pol’and’Rock Festival 2019
Widziałem ten koncert na żywo. Zainteresowanie nim było tak wielkie, że nawet telebimy na małej scenie, na której w trakcie wieńczącego ostatnią jak dotąd edycję Pol’and’Rock Festivalu występu Kultu nic już się nie działo zostały ponownie uruchomione aby transmitować wydarzenia na scenie głównej. Grupa Kazika Staszewskiego jest chyba jedynym polskim zespołem, który występując na pol’and’rockowyh deskach wywarł na mnie tak ogromne wrażenie jak zespoły zagraniczne. Magia. I tę magię świetnie oddaje to wydawnictwo.


Świat:
OZZY OSBOURNE – Ordinary Man

Jak już wspominałem na bieżąco w recenzji, ten album sprawił mi (jak i pewnie wielu innym) ogromną niespodziankę i zarazem ogromną przyjemność. Stosunkowo niewiele zapowiedzi, praktycznie zerowy przedpremierowy hyping, a album wyszedł jak z bajki. Gdyby Ozzy miał teraz odejść, to “Ordinary Man” stanowiłby dla niego przepiękny pomnik. Sporo tu rozliczeń z przeszłością, ale także optymistycznych prognoz na przyszłość.

AC/DC – Power Up
Zważywszy na kilka przecieków, które poprzedziły wydanie tego albumu, ponowne zejście się Youngów z Brianem Johnsonem, Philem Ruddem i Cliffem Williamsem nie było dla mnie aż takie spektakularne, jak zapowiedź nowego albumu Ozzy’ego. Za to sam album bez dwóch zdań można określić tym mianem. Zamiast spodziewanego odgrzewanego kotleta w stylu “Rock Or Bust” dostaliśmy porządny, solidny album na miarę sygnującej go nazwy i jej najsłynniejszych produktów.

TESTAMENT – Titans of Creation
Powyżej poziomu “Dark Roots of Earth” raczej trudno będzie im doskoczyć, ale przynajmniej nie schodzą zbytnio poniżej. Podobnie jak w przypadku Vadera, nowy album Testamentu to stara sprawdzona formuła, która wciąż jednakowo się sprawdza.

MARILYN MANSON – We Are Chaos
Manson w formie. Może nie jest to dzieło na miarę “Antichrist Superstar” czy nawet “The Pale Emperor”, ale trzyma poziom i napięcie charakterystyczne dla jego autora. Piorunujące wrażenie robi natomiast okładka. Zamiast kolejnego mniej lub bardziej rozmazanego zdjęcia wokalisty mamy jego lekko abstrakcyjny autoporter. Klasa.

SEPULTURA – Quadra
Grupa z Belo Horizonte od wielu lat nie jest już tym samym zespołem, który nagrał “Beneath The Remains” czy “Arise”, nie tylko ze względów personalnych. O ile początkowe albumy z Derrickiem Greenem zalatywały nudą, tak mniej więcej od “Dante XXI” kwartet ponownie się rozpędził i w tym roku wydał godnego następcę rewelacyjnego “Machine Messiah”. Można spokojnie stawiać na półce zarówno obok poprzednika jak i obok choćby takiego “Roots”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *